Wyszukiwarka


Informacje

Nawigacja

· Strona Główna

· Artykuły

· Kraj

· Myśl

· Media

· Pliki

· Galeria

Archiwum

· 2010 (77)· 2009 (497)· 2008 (593)· 2007 (564)· 2006 (443)

Wokół berlińskich wystaw: Historia po niemiecku

Niemcy porządkują swoją najnowszą historię i próbują ją na nowo zinterpretować. To zrozumiałe. Byli przecież sprawcami dwóch światowych wojen. Nie zawahali się przed zawarciem sojuszu z Sowietami Stalina, sprowadzając na Europę największe w jej dziejach nieszczęścia. Na Europę, którą Polacy uchronili w roku 1920 przed bolszewizmem. Konsekwencją wywołanej przez Niemcy wojny było też długoletnie uzależnienie wielu suwerennych przedtem narodów europejskich od narzuconej im ideologii sowieckiej, pustoszącej ich gospodarkę i kulturę. Dziś Niemcy aspirują do roli liderów europejskiej wspólnoty.

Nie ma wątpliwości, że taka wspólnota jest Europejczykom potrzebna. Szkoda tylko, że buduje się ją znowu na ideologii socjalistycznej, odrzucającej chrześcijańskie źródła europejskiej wiary, tradycji i kultury. Szkoda, że jest to przede wszystkim wspólnota biurokratycznych struktur, rządzących się groteskowymi "dyrektywami", w mniejszym zaś stopniu wspólnota kultury i podobnego rozumienia historii, która Europę tak boleśnie doświadczyła.
Dla Polaków niezwykle ważne jest, w jaki sposób Niemcy rozmawiają o swojej historii. Z oczywistych powodów mamy moralne prawo w tej dyskusji uczestniczyć i powinniśmy z tego prawa korzystać. Otwarcie wystawy przygotowanej przez fundację Eriki Steinbach spowodowało liczne komentarze i bardzo ostrą reakcję polskich czynników rządowych. Reakcję w pełni uzasadnioną. Byłem w Berlinie, widziałem tę wystawę i jeszcze inną, mniej w Polsce znaną. Chcę się podzielić z Czytelnikami "Naszego Dziennika" uwagami i refleksjami na ich temat.

Wiedźma
Zanim poszedłem na wystawę Eriki Steinbach, odwiedziłem Niemieckie Muzeum Historyczne na Unter den Linden 2, naprzeciwko Kronprinzenpalaise, gdzie tłum ludzi tłoczył się na wystawie Steinbach, mimowolnie "zareklamowanej" przez polskie protesty. W Muzeum Historycznym było spokojniej i luźniej. Niestety, nie mogłem już obejrzeć wystawy "Ucieczka - Wysiedlenie - Integracja - Ojczyzna", eksponowanej tam od maja, przygotowanej przez niemieckich historyków. Merytorycznie znacznie lepszej od wystawy Steinbach, o czym mogłem się przekonać, kupując bogaty katalog. Tym, którzy dziwią się protestom naszego rządu i piszą, że Niemcy też mają prawo do opłakiwania swoich rodaków, ofiar wojny, trzeba wyjaśnić po raz kolejny, że nikt tego nie kwestionuje. Nikt nie protestował przeciwko wystawie o ucieczkach i przesiedleniach Niemców w Muzeum Historycznym. Niemcy, tak jak każdy naród, mają prawo do opłakiwania swoich rodaków i pokazywania ich wojennych nieszczęść.
Żaden człowiek przy zdrowych zmysłach nie będzie kwestionował tego, że zatopienie przez sowieckie torpedy niemieckiego statku pełnego cywilów, w tym kilku tysięcy dzieci, w mroźną styczniową noc 1945 r. było zbrodnią. Na każdym Polaku, nawet tym najbardziej doświadczonym przez wojnę i niemieckie zbrodnie, robią wrażenie zdjęcia niemieckich cywilnych uciekinierów na Zalewie Wiślanym, ostrzeliwanych przez wojsko sowieckie. Nie w tym rzecz. Nam chodzi o to, by Niemcy nie zapominali, jaka była geneza tych wszystkich nieszczęść. By nie udawali, jak to czyni Erika Steinbach i jej towarzysze, że przyczyną tych nieszczęść były abstrakcyjnie rozumiane rasizm, antysemityzm czy nacjonalizm, które można potem zręcznie podrzucić także Polakom, czyniąc ich w domyśle współwinnymi. Nie. Przyczyną wojennych ucieczek, wypędzeń i zbrodni, jakich nie znała przedtem historia Europy i świata, było złowrogie, niemiecko-sowieckie porozumienie, podważające porządek polityczny ustanowiony w traktacie wersalskim.
Różnica między wystawą Steinbach a tą w Muzeum Historycznym zawiera się w jednym zdaniu, którego nie ma na wystawie Steinbach, a które przeczytałem w ulotce tamtej wystawy: "Na skutek wywołanej przez narodowosocjalistyczne Niemcy II wojny światowej, ucieczki i wypędzenia osiągnęły nową, koszmarną skalę". Tylko tyle i aż tyle. Tymczasem Erika Steinbach zestawia na jednej ekspozycji "eksperyment SS Zamość", wypędzenia Polaków z Pomorza, Wielkopolski i Śląska, sowieckie zbrodnicze deportacje obywateli polskich na Sybir (skutek niemiecko-sowieckiego porozumienia i rozpętanej wojny) z przemieszczeniami ludności tureckiej i greckiej na Cyprze - po podziale wyspy w roku 1974! Okrasza to słowem humanitas i apeluje, żebyśmy się kochali i zwalczali nacjonalizm i antysemityzm. Na wielkiej tablicy umieszcza 94 narody świata, które w XX w. cierpiały z powodu wysiedleń, i wyraźnie sugeruje, że skoro wszyscy wszystkich wypędzali, to winnych nie ma. Za taką "edukację historyczną", wypraną z historii, dziękujemy. Jeśli to jest namiastka tego, co ma być w tzw. Centrum przeciwko Wypędzeniom, to polskie protesty powinny być kontynuowane, bo na obecnej wystawie sprawa się nie kończy.
W ulotce z Muzeum Historycznego umieszczono satyryczny rysunek. Na środku wyimaginowanego wiaduktu łączącego Warszawę z Berlinem stoi wiedźma trzymająca w rękach dom z napisem "Centrum przeciwko Wypędzeniom". Woła na drugą stronę: "Hallo, Partner!". Nie widzi przy tym, że wiadukt zaczyna się kruszyć i że razem ze swoim "darem" za chwilę runie w dół, a trasa z Berlina do Warszawy stanie się nieprzejezdna...

"Niemożliwa" Polen
W berlińskim Muzeum Historycznym można obecnie zobaczyć bardzo ciekawą wystawę przedstawiającą historię Niemiec od V w. po czasy współczesne. Nigdy nie wyobrażałem sobie, że można na jednej wystawie pokazać historię narodu i państwa. Można. Niemcy zrobili to perfekcyjnie i żal mi było, że nie mamy czegoś podobnego w Polsce na temat historii Narodu i państwa polskiego.
Emocje zaczynają się już na parterze. Zanim wykupi się bilet wstępu, można sobie obejrzeć wielką komputerową mapę Europy. Co kilka sekund zmienia się obraz jej granic. Na środku pojawia się data (związana z historią Niemiec), dzięki czemu oglądający jest zorientowany, jakiego czasu dotyczy aktualny obraz.
Przy mapie stoi przede wszystkim młodzież, żywo komentując zmieniające się obrazy. Znakomity pomysł na szybką edukację. Stałem tam przez kilkanaście minut, słuchając komentarzy. O dziwo, najwięcej emocji wzbudzały nie granice Niemiec, lecz Polski, zwłaszcza z okresu Rzeczpospolitej Obojga Narodów. "Zobacz, to chyba niemożliwe, Polska większa od Niemiec?" - zawołała do koleżanki zdumiona młoda Niemka. Za chwilę powróciła mapa z V w. i znowu wielkie zaskoczenie. Ogromny szary obszar z napisem "Slawen", sięgający za Berlin. "Ale przecież tu jest Berlin"... W tym momencie nie wytrzymałem i odezwałem się: "Tak, to przecież słowiańska nazwa"... Młodzi ludzie popatrzyli na mnie z niedowierzaniem. Nie wiem, jak ich uczono w szkole, ale po wizycie w muzeum trudniej im będzie uwierzyć, że Polska po 1918 r. i po traktacie wersalskim powstała kosztem Niemiec.

Namiot wezyra
Zwiedzający wystawę nie muszą czytać długich tekstów, co jest najczęstszym błędem wystaw historycznych, zniechęcającym do ich oglądania. Można się zaopatrzyć w urządzenie ze słuchawkami. Po wybraniu numeru planszy lub gabloty, przed którą stoję, mogę wysłuchać obszernego objaśnienia i komentarza. Przestrzeń wystawowa przeznaczona jest na dokumenty i ciekawe eksponaty. Co kilkanaście kroków widać ekran, na którym wyświetlany jest "na okrętkę" film dokumentalny, związany z tą częścią wystawy. W części dotyczącej wybuchu II wojny światowej wyświetla się polski film dokumentalny, w polskiej wersji, z niemieckim tłumaczeniem. Szkoda tylko, że to jakiś produkt z okresu późnego Gomułki. Z tego, co lektor czyta, wynika, że polskiego Wybrzeża bronili w 1939 r. czerwoni gdyńscy kosynierzy...
Jest na tej wystawie wiele polskich eksponatów, nawet polska rogatywka. Do tego wiele zdjęć i dokumentów. Największe zainteresowanie zwiedzających wzbudza jednak namiot wezyra Kara Mustafy, przechowany przez adiutanta Jana III Sobieskiego. Z informacji na tabliczce zwiedzający dowie się, że Jan III Sobieski, król Polski, znany był z licznych zwycięstw nad Turkami i że to on dowodził Polakami, którzy uratowali Wiedeń.

Tandetna
Po przechadzce w Muzeum Historycznym wystawa fundacji Eriki Steinbach robi raczej przykre wrażenie. Jest po prostu tandetna. Ma zbyt wiele tekstu, który trudno przeczytać z powodu wielkiej liczby ludzi przeszkadzających sobie nawzajem. Odniosłem wrażenie, że przyprowadził ich tutaj medialny szum wokół działalności Steinbach, a nie zainteresowanie historią. Eksponaty na wystawie dobrane są przypadkowo, chyba na zasadzie kto co da. Nie one są tu jednak najważniejsze. Najważniejsza jest

ideologia
którą fundacja Eriki Steinbach sformułowała przed kilku laty, publikując tzw. Konzept Centrum przeciwko Wypędzeniom. Tam można było przeczytać, że "w pierwszej połowie XX w. wypędzono, deportowano lub przesiedlono z ojczyzny od 50 do 80 milionów ludzi. Duża część narodów europejskich cierpiała z powodu tej przemocy: Bułgarzy, Finowie, Estończycy, Niemcy, Grecy, Włosi, narody kaukaskie, Tatarzy krymscy, Chorwaci, Łotysze, Litwini, Austriacy, Rosjanie, Serbowie, Słoweńcy, Tyrolczycy, Turcy, Ukraińcy i wiele małych, dzisiaj prawie zapomnianych narodów". Zostaliśmy wówczas zaliczeni do narodów "małych" lub "zapomnianych"! Polskie cierpienia zostały potraktowane jako mniej ważne od "przesiedleń" Austriaków czy Litwinów, którzy w czasie wojny współpracowali z Niemcami, uczestnicząc w ich zbrodniach.
"Wymuszone drogi. Ucieczka i wypędzenie w Europie XX w." - taki jest tytuł wystawy Steinbach. Obok na ścianie przeczytamy, że celem wystawy jest udokumentowanie wymuszonych migracji ponad 30 narodów europejskich. Wystawa "odzwierciedla wspólną katastrofę".

Wojny nie było...
Wszystko, co najważniejsze, powiedziane jest na początku wystawy, w holu I piętra Kronprinzenpalaise przy Unter den Linden 3. Właściwie jeszcze wcześniej, kiedy zwiedzający - po wykupieniu biletu za 5 euro - dostaje do ręki świstek papieru zamiast katalogu. Tam przeczyta, że główną przyczyną wypędzeń grup etnicznych i mniejszości narodowych w Europie XX w. była idea państwa "homogenicznego", jednolitego narodowo. Temu nacjonalizmowi towarzyszyły też rasizm i antysemityzm. W ulotce nie ma ani słowa o wojnach światowych, o odpowiedzialności Niemców za ich wywołanie ani o złowrogich systemach - niemieckim socjalizmie i wyrastającym z tych samych korzeni sowieckim komunizmie - które zabijanie ludzi zapisały w swoich programach "naprawy" świata.
Wszystko jest tak pomyślane, by wojny światowe zeszły na drugi plan, a zbrodnie Hitlera czy Stalina stanęły w jednym rzędzie z wysiedleniami Włochów z pogranicza Jugosławii czy konfliktem cypryjskim. Temu służy wspomniana wielka tablica w holu, na której są wypisane 94 nacje cierpiące w XX w., a wśród nich Niemcy. Ich cierpieniom poświęcono najwięcej miejsca, co nie raziłoby na niemieckiej wystawie o Niemcach. Erika Steinbach tworzy jednak fałszywy obraz "wspólnego losu", "wspólnej katastrofy" całej Europy. W tej sytuacji eksponowanie niemieckich cierpień, bez niemieckiej odpowiedzialności, tworzy fałszywy obraz całości i budzi sprzeciw.

Historia z błędami
Panele wystawowe w największej sali sprawiają wrażenie, że przedstawia ona obiektywny, naukowy wykład z historii przymusowych wysiedleń w Europie. Pokazano zagładę Ormian w latach 1915-1916, tzw. wymianę ludności greckiej i tureckiej po 1923 r., wypędzenia Żydów europejskich od czasu dojścia Hitlera do władzy, przesiedlenia Finów z zachodniej Karelii, zajętej przez Sowiety z przyzwoleniem Niemców, na podstawie tajnego protokołu do paktu Ribbentrop - Mołotow, wypędzenia i deportacje Polaków, Bałtów, Ukraińców i rosyjskich Niemców, wysiedlenia Niemców pod koniec II wojny światowej, wysiedlenia Włochów z Jugosławii, przesiedlenia jako następstwo konfliktów grecko-tureckich z lat 60. i z roku 1974 na Cyprze oraz ostatnie wypędzenia podczas wojny domowej w byłej Jugosławii.
"Konsultantem naukowym" polskiej części wystawy jest niemiecka dziennikarka Helga Hirsch, znana jako autorka dwóch książek poświęconych przesiedleniom Niemców z terenów przyznanych po wojnie Polsce, zwolenniczka budowy Centrum Eriki Steinbach. Uchodzi za znawczynię historii Polski, jednak w polskiej części wystawy są błędy. Napisano, że z okręgu Gdańsk, z tzw. kraju Warty, oraz z Górnego Śląska wysiedlono około 84 tys. Polaków. Tylu obywateli polskich Niemcy wypędzili z samej tylko Gdyni! Polskie źródła podają, że w sumie podczas II wojny światowej Niemcy wypędzili z własnych domów ponad 2 mln Polaków (zarówno z ziem "wcielonych" do Rzeszy, jak i z tzw. Generalnej Guberni).
Również dane dotyczące obywateli polskich wywiezionych na Sybir są wzięte nie wiadomo skąd. W roku 1941 rząd polski szacował liczbę wywiezionych na około 1 mln 700 tys. ludzi. Na wystawie mowa o 300 tysiącach.

Polacy jako prześladowcy
Dla pokazania, że Polacy też wypędzali, przypomina się na wystawie przesiedlenia Ukraińców z roku 1947 w ramach akcji "Wisła", zaplanowanej przez komunistów w uzgodnieniu ze Związkiem Sowieckim. Tu trzeba przypomnieć, że w "Koncepcji" Centrum przeciwko Wypędzeniom sprzed trzech lat zamieszczono tabele, w których podano szacunkowe liczby wysiedlanych oraz informacje, kto ich wysiedlił. Z tych tabel wynikało, że najwięcej ludzi w XX w. wypędzili Polacy. Więcej niż Sowieci i Niemcy! Na wystawie tych tabel nie ma, ale pojawią się znowu, gdy powstanie Centrum, nie mam co do tego wątpliwości. "Historycy" Eriki Steinbach zaliczyli do polskich ofiar wszystkich Niemców wypędzonych z Prus Wschodnich przez Sowiety, i z ziem zachodnich - na podstawie ustaleń konferencji poczdamskiej.
Po zsumowaniu danych z tabel okazało się, że w XX w. Polacy wypędzili z rodzinnych domów 9,7 mln ludzi, głównie Niemców! Dla porównania: Sowieci (i Rosjanie po 1990 r.) - 8,5 mln, a Niemcy 6,6 miliona. Zarówno Helga Hirsch, jak i inni "znawcy" całkowicie ignorują sytuację powojennej Polski, która była sowieckim dominium. Jest zasadnicza różnica między zaplanowaną przez Niemców eksterminacją Polaków, organizowaną przez legalne władze państwa niemieckiego, wybrane w wolnych wyborach przez Niemców - a działaniami władz komunistycznych w Polsce, tylko nominalnie polskimi. To nie Polacy wypędzali Niemców i to nie Polacy, lecz władze komunistyczne - w porozumieniu z Sowietami - organizowały akcję "Wisła".

NIE
Erika Steinbach kokietuje różne nacje, mówiąc, że wysiedlenia i wypędzenia dotknęły prawie wszystkich Europejczyków. Ostatecznie służy to jednak przede wszystkim podkreśleniu, że "ucieczki i wypędzenia od 12 do 14 milionów Niemców pod koniec II wojny światowej z niemieckich terenów wschodnich i niemieckojęzycznych regionów stanowiły największe wymuszone migracje w dziejach Europy". Brak przypomnienia, że to wojna wywołana przez Niemców, i ofiary tej wojny też były największe w dziejach Europy i świata. Niemcy stają w rzędzie niewinnych ofiar. O odpowiedzialności za poparcie Adolfa Hitlera i jego partii na wystawie ani słowa. Byli Niemcy, którzy ostrzegali przed skutkami takiego wyboru. Ci ginęli lub zostali zmuszeni do emigracji. Nie oni jednak są bohaterami Eriki Steinbach.
Polskie NIE dla idei Centrum przeciwko Wypędzeniom ma swoje głębokie uzasadnienie. Obecna wystawa potwierdza wszystkie nasze wątpliwości co do pani Steinbach i jej towarzystwa. Niech historią zajmą się historycy, a nie działacze niemieckich ziomkostw. To nie jest droga do polsko-niemieckiego pojednania.

Hakenkreuz oder Christenkreuz
Przed wojną na terenie Meisterswalde (polski Mierzeszyn), dużej wsi parafialnej w zachodniej części Wolnego Miasta Gdańska, pracował katolicki kapłan Johannes Paul Aeltermann. Na tydzień przed wyborami do Sejmu Gdańskiego (Volkstagu), które odbyły się w niedzielę, 28 maja 1933 r., ks. Aeltermann rozdał swoim parafianom dwustronną ulotkę, którą wydrukował na własny koszt. Zachowała się do dziś w archiwum archidiecezji gdańskiej. Jej tytuł brzmi: "Hakenkreuz oder Christenkreuz" (Hakenkreuz albo krzyż Chrystusowy). Ulotka zaczyna się od motta: Wen Gott strafen will, den schlägt Er mit Blindheit. Kogo Bóg chce ukarać, razi go ślepotą. To powszechnie znane słowa ze Starego Testamentu (Rdz 19, 11). Dwaj aniołowie Pańscy rażą ślepotą sodomitów na krótko przed zagładą Sodomy i Gomory. Proboszcz z Mierzeszyna prosi swoich parafian, by nie głosowali na NSDAP. Używa przy tym argumentów najprostszych, trafiających prosto w serca: "Swastyka czy krzyż Chrystusowy? [...] Swastyka jest w sprzeczności z zasadniczym prawem chrześcijaństwa [...]. Mówią niektórzy: 'Błędną naukę tego ruchu przeciw mojemu Kościołowi odrzucę, ale myślę o politycznym kierunku i o dobru, jakie mógłby on zrobić'. Ach, jaki mądry się nagle zrobiłeś! Przecież jesteś i zostaniesz odpowiedzialny za wszystkie następstwa! [...]. Pomyśl sobie, unosisz ramię z opaską, zdejmujesz czapkę przed krzyżem na wiejskiej uliczce i modlisz się 'Bądź pochwalony...'. Przecież to absurd! W pewnym domu stoi krucyfiks wśród kwiatów, a na domu jest flaga ze swastyką. Czy to nie absurd? Dlaczego? Dlaczego? Dlaczego?".
Tydzień później (28 maja 1933 r.) odbyły się w Wolnym Mieście wybory, które socjaliści Hitlera wygrali bezapelacyjnie. Przedwyborcze kazanie ks. Aeltermanna było głosem wołającego na puszczy. Na pytanie, który krzyż wybierasz, Niemcy odpowiedzieli swojemu proboszczowi: "Hakenkreuz". 22 listopada 1939 r. ks. Johannes Paul Aeltermann został zamordowany i pochowany we wspólnym grobie, razem z sześćdziesięcioma Polakami, w miejscowości Nowy Wiec.
Wypędzenia i ludobójstwo osiągnęły w czasie II wojny światowej swój koszmarny wymiar nie z powodu abstrakcyjnie rozumianego nacjonalizmu, rasizmu i antysemityzmu, który teraz zręcznie się podrzuca innym narodom, lecz z powodu wyboru, jakiego dokonali Niemcy. Z wystawy Eriki Steinbach tego się nie dowiemy.
Piotr Szubarczyk


Komentarze

Brak dodanych komentarzy. Może czas dodać swój?

Dodaj komentarz

.::Podyskutuj z nami na forum::.

Powiadomienia

Podaj swój adres e-mailowy:

I bądź z nami na bieżąco

Zobacz na żywo w internecie

Czy wiesz, że możesz oglądać TV Republika online na żywo w internecie. Zobacz również TV Trwam na żywo online w sieci. Jedynie polskie stacje telewizyjne dostępne do odbioru.
Wygenerowano w sekund: 0.05
7,422,701 Unikalnych wizyt