Wyszukiwarka


Informacje

Nawigacja

· Strona Główna

· Artykuły

· Kraj

· Myśl

· Media

· Pliki

· Galeria

Archiwum

· 2010 (77)· 2009 (497)· 2008 (593)· 2007 (564)· 2006 (443)

Rzecz o roli banków w produkcji makaronu

Czy system społeczno-gospodarczy, w jaki wchodzimy jako naród, może być uznany za dobro wspólne? Może być i jest! Takie są oczekiwania prawie całego społeczeństwa polskiego, które chce żyć lepiej, niż w poprzednim ustroju totalitarnym. Jako dobro "wspólne" nie traktuję powszechnej własności przez państwo, lecz aktywność gospodarczą w jakiejś branży, regionie, dającą pracę i dochody pracownikom oraz zdolność utrzymania ich rodzin.

Większość Polaków nadal wierzy, że zdobycie dobra wspólnego nie jest abstrakcją i że przywódców należy szukać tylko wśród zawodowych polityków. Znaczna część wolałaby polegać na osobach kierujących przedsiębiorstwami, którzy odważnie podjęli ryzyko pracy na własny rachunek. Mają to być jednak nieprzeciętne osobowości, zdolne swoim zaangażowaniem zmieniać materialne warunki otoczenia, ale przy tym jednostki, które kierują się ustanowionymi zasadami moralnymi.

Różne drogi
Obserwując gospodarkę innych narodów i państw, zauważamy, iż dochodzenie do lepszej jakości życia odbywało się w różny sposób, mimo że kulturowym modelem był rzekomo jeden kapitalizm. Ekonomiści ze szkoły chicagowskiej twierdzili, że "kwestia rozwoju już jest rozwiązana"... Wysuwano proste teorie, np. laureata Nagrody Nobla Roberta Fogla: "Uporanie się z biedą - to pozwolenie na działanie gospodarki rynkowej...".
W Polsce kierunki rozwoju kapitalizmu określili właśnie owi "Chicago Boys" - Milton Friedman, młody ekspert Geoffrey Sachs (na każdą gospodarkę ma prostą receptę). W Polsce zaś mamy Leszka Balcerowicza, dla którego inflacja jest złem najgorszym z możliwych. Czy ta jedyna mądrość i dogmat zarządzania polskimi finansami przyczyniają się do wzrostu gospodarczego i zbliżają nas choć trochę do upragnionej przez wszystkich wyższej jakości życia?
Ten dogmat nie wyklucza udziału małych i średnich przedsiębiorstw (MŚP), ale przegrywają one, mimo oferowania rozwiązań ekonomicznych czy technicznych lepszych od propozycji gigantów. Mali i średni bohaterowie naszych czasów zakładają stale nowe firmy, co za pośrednictwem ich produktu czy usługi staje się owym dobrem wspólnym.
Większość z przywódców tych zakładów charakteryzuje się niezmożoną energią w walce o dobro swojej firmy, zapominają o życiu osobistym i niekiedy o rodzinnym, są pochłonięci jednym celem: "swoją firmę" uczynić "dobrą firmą" niezależnie od tego, czy pomysł na przedsiębiorstwo zasadza się na pomyśle organizacyjnym, marketingowym czy technologicznym; zawsze dbają o dobro pracowników - tylko zadowolony pracownik pracuje efektywnie, nie zmienia pracy, obniżając w ten sposób ogromne koszty selekcji i szkolenia pracowników. Obserwując wysiłki tych przedsiębiorców i ich personelu, dzisiaj jesteśmy już niemal pewni, że właśnie od sektora MŚP, zależy nasze powiększające się "dobro wspólne".
Zmarły niedawno, w wieku 95 lat, Peter F. Drucker - którego bez przesady można nazwać nauczycielem wielu pokoleń światowych menedżerów - jako najważniejszą dla menedżera uznawał etykę roztropności i samodoskonalenia. Odrzucił wszelką kazuistykę etyczną, określając "etykę biznesu" jako zbędną, gdyż menedżer musi wykazywać się "prawym charakterem". "Zadania jutra - pisał Drucker - wymagają, aby przełożył [menedżer] dobro wspólne przedsiębiorstwa nad interes osobisty"; wtedy wpływ decyzji szefa na ludzi w przedsiębiorstwie i w otoczeniu, w społeczności, w której działa, nabierze takiego znaczenia, że będzie musiał "przedkładać prawdziwe zasady [podkr. A.H.K.] nad swoją wygodę". Dalej: "wpływ zaś jego będzie sięgał tak daleko, że obciąży menedżera odpowiedzialnością wobec całego społeczeństwa" (wg Praktyka zarządzania, 1994, s. 403).
A więc nie samo wykształcenie i umiejętności, lecz opieranie się w decyzjach na "pryncypiach" tak, aby przedsiębiorca przewodził dzięki swej dalekowzroczności, odwadze, odpowiedzialności i rzetelności. Menedżer jest przywódcą mniejszej lub większej grupy osób, wobec tego jest osobą publiczną i jego decyzje - jako decyzje spółki (nawet małej) - mają wpływ na społeczeństwo, są wrażliwe społecznie. Słowa Druckera sprawdzają się już w Polsce, na przykładach zachowania się szefów małych i średnich firm prywatnych. Przede wszystkim dostrzegamy to na prowincji, gdzie w swoich lokalnych społecznościach szefowi ci uważani są za przywódców, gdyż w ich działaniach wyraźnie dostrzega się wizje przyszłości.

Malma w pułapce
Do takich osobowości należy producent makaronu w Malborku, Francuz Michel Marbot. Dostrzegł on w transformującej się gospodarce polskiej warunki dla samorealizacji przywódczej jako właściciel i szef nowoczesnej firmy. Na stałe mieszka w Polsce, jest ożeniony z Polką, ma wielodzietną rodzinę. Osobiste osiągnięcia pana Marbota oraz 300-osobowej załogi firmy budziły podziw i uznanie w wielu grupach społecznych. Stał się szanowanym pracodawcą i patronem wielu imprez kulturalnych w okolicy swego miasta, charytatywnym fundatorem i równocześnie zdolnym oraz odważnym marketingowcem podbijającym nowe rynki. Dzięki jakości swoich produktów opanował jedną piątą rynku makaronu w Polsce.
W USA przeważyły poglądy, że małemu i średniemu przedsiębiorstwu (a do takich zalicza się malborska Malma) trzeba umożliwić start i zabezpieczyć je przed wielkim kapitałem finansowym, handlowym czy przemysłowym. Specjalny organ rządowy, niewiele niższy rangą niż ministerstwo, dba o takie wyrównywanie szans. To samo mamy w Unii Europejskiej, gdzie w Komisji Europejskiej funkcjonuje specjalna dyrekcja do spraw ochrony konkurencji, czyli ochrony szans mniejszych firm i konsumentów.
Okoliczności rynkowe zmusiły pana Marbota do szukania kredytu - znalazł go we włoskim banku, zaprzyjaźnionym z jego włoskim partnerem, także producentem makaronu. Jednak włoski producent, po zapoznaniu się z realiami pracy na rynku polskim i przejrzeniu firmy pana Marbota, nagle zrezygnował z partnerstwa i - widząc ogromne ułatwienia dla importu w Polsce (wskutek ustalania przez NBP kursów korzystnych dla importerów, a niekorzystnych dla eksporterów) - wykorzystał bank włoski w Polsce. Owa firma finansowa zaoferowała włoskiemu pryncypałowi rolę piątej kolumny we wchodzeniu na rynek polski. Licząc na słabość rządu i przekupność lub służalczość urzędników, a także wady prawodawstwa, bank wykorzystał swoją wiedzę o firmie Malma na wykorzystanie pułapki kredytowej. Ukryty pod różnymi pięknie brzmiącymi liberalnymi hasełkami, posłużył się podstępami, kłamstwami i brakiem szczerości - niezbędnej przecież w stosunkach finansowych! - i innego rodzaju przewrotności, aby zniszczyć konkurenta na polskim rynku. Wykorzystano do tego dziennikarzy z poczytnego dziennika dla tendencyjnego, trwającego przez wiele miesięcy, przedstawiania sytuacji Malmy, nie ukazując jednak faktów.
Pan Marbot bez zastrzeżeń wchodził coraz głębiej w kredyty oferowane mu przez włoski bank działający pod przykrywką banku polskiego (!), aż znalazł się w finezyjnie zaprojektowanej pułapce, często stosowanej przez banki na rynku polskim. Gdy spłata kredytu wraz z odsetkami staje się problemem operacyjnym dla kredytowanej firmy - bank nagle wykorzystuje klauzulę umowy o natychmiastowej spłacie. Choć miał dokładny wgląd w przedsiębiorstwo, bo jako jedyny bank finansujący świetnie się orientował w istocie problemów, zamknął panu Marbotowi możliwość produkcji - a tym samym i ewentualnej spłaty długu! Komornik zajął zapasy importowanego surowca (pszenicy kanadyjskiej), wystarczające na pół roku produkcji! O nic innego nie mogło tu chodzić, jak o uniemożliwienie produkcji makaronu w Malmie!
Bank kredytujący odrzucił także propozycje nowych inwestorów, których przedstawił pan Marbot. Trzeba koniecznie dodać, że jeden z zarządców tego polskiego banku był jednocześnie udziałowcem banku włoskiego, a drugi prezesem jego rady nadzorczej przez czas wystarczający na zbudowanie i wykorzystanie tej pułapki kredytowej.
W tym momencie każdy chyba przestałby wierzyć w przywódców - menedżerów tego banku, czy kierują się oni zasadami roztropności i społecznej odpowiedzialność w kraju, który udzielił im gościny i zaprosił do budowania wspólnego dobra.
Ale czy rzeczywiście nasz kraj zaprosił ich do budowania "wspólnego dobra"? Czy dziewięćdziesiąt z górą banków zagranicznych, których centrale znajdują się poza granicami Polski, zostało przez jakikolwiek rząd lub bank centralny racjonalnie (a więc i roztropnie) włączone w proces budowy polskich małych i średnich przedsiębiorstw produkcyjnych, handlowych czy usługowych?
W szczerych i poufnych rozmowach szefowie zachodnich banków w Polsce - z reguły obcokrajowcy - nie otrzymali żadnych propozycji czy zachęt ze strony polskiej do budowania aliansów strategicznych dla rozwoju małej i średniej przedsiębiorczości. Prezes polskiego banku centralnego i zarazem kapłan ortodoksyjnego monetaryzmu firm, sektora MŚP nie zauważa. Wobec takiej postawy banku centralnego, banki zachodnie robiły swoje - maksymalizowały zyski dla swoich akcjonariuszy sposobami niekoniecznie etycznymi, lecz takimi, których nie zabraniało prawo. Oburzające jest zwłaszcza utrzymywanie przez NBP niezwykle wysokiego oprocentowania papierów skarbowych (finansowane przecież przez nas wszystkich z naszych podatków), które pozwala zarabiać bankom bez wdawania się w akcję kredytową dla przedsiębiorstw, czyli finansowanie rozwoju gospodarki kraju.

Zabrakło polskich patriotów
Prezes Związku Banków Polskich, zrzeszającego wszystkie banki z kapitałem zagranicznym, także potwierdza, że banki inwestujące ponad 7 mln zł na obsługę klienta indywidualnego (detalicznego, jak to nazywają bankowcy), nie wykazały zainteresowania wejściem w organiczny proces budowania polskich małych i średnich przedsiębiorstw, stanowiących przecież podstawę transformacji ustrojowej. Firmy te są twórcami dochodu narodowego i miejscem zatrudnienia dla setek tysięcy osób, w tym obecnie bezrobotnych. Wtajemniczeni twierdzą, że zabrakło polskich patriotów w zarządach banków z przewagą zagranicznych kapitałów - przeważali tam patrioci holenderscy, irlandzcy, niemieccy, angielscy i inni, jak i osoby polskojęzyczne, lecz bynajmniej nie zainteresowane budowaniem polskiego dobra wspólnego.
Zabrakło osobowości takich, jak Alfred Herrhausen, który jako szef Deutsche Bank głosił służebną rolę banków niemieckich i ich harmonijną współpracę z przedsiębiorstwami. Życzliwy dla polskiej transformacji, widział dla banków niemieckich rolę dobrze pojętej solidarności we współpracy z polskimi przedsiębiorstwami. Ich rozwój przecież kreuje rynek - zatem i popyt, możliwości robienia interesów i przy okazji przyczynia się do dobra wspólnego.
Pan Marbot stał się ofiarą "złej roztropności" banku zachodniego - takiej, która powoduje zło przez zniszczenie ładu służącego tworzeniu dobra wspólnego. Żaden rząd polski nie zdołał namówić zachodnich i polskojęzycznych bankowców do włączenia się w czysty interes polski. Gorzej, że nie zadbano, aby ustawodawstwo bankowe w Polsce - skądinąd nowoczesne i dostosowane do światowych standardów - uczynić przyjaznym dla przedsiębiorców i powstrzymać chytrych bankowców bez zasad etycznych, o prymitywnej solidarności grupowej, by nie przekraczali granic przyzwoitości.
Polscy mali i średni przedsiębiorcy także muszą zrozumieć, że dla wzorowo wprost zorganizowanej pierwszej władzy w Polsce, jak bez przesady można nazwać banki, rzeczywistym partnerem może być tylko zorganizowany polski przedsiębiorca. Tak jak izby handlowo-przemysłowe w Austrii, Niemczech, Szwajcarii, Belgii czy Włoszech, będąc samorządem z uprawnieniami inicjatywy legislacyjnej, mogą przekonać banki zachodnie do kooperacji z nimi, a nie tylko z własnymi ziomkami.
Wtedy nie tylko Michel Marbot, ale i inni polscy przedsiębiorcy znajdą sprawiedliwość, broniąc interesu wspólnego. Francuski przedsiębiorca stworzył wraz ze swoją nieliczną, ale świetnie pracującą załogą dobro wspólne, wykraczające poza Malbork. Pracownicy Malmy mieli poza uczciwymi płacami nieskrępowany i finansowany przez firmę dostęp do wykształcenia i szkoleń. Wysokiej jakości produkty firmy, o znakomitej jakości odżywczej, wzbogacały stoły polskie. Nie wątpimy, że Barilla (bo tak się nazywa nienazwany dotąd włoski konkurent Malmy), chce przejąć rynek polski, oferując na początku produkty o jakości równie wysokiej jak Malma, ale po eliminacji malborskiej firmy podniesie ceny albo obniży jakość. Tak zawsze działa monopol.
prof. dr hab. Aleksander H. Krzymiński

Autor jest emerytowanym pracownikiem naukowym Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie.


Komentarze

Brak dodanych komentarzy. Może czas dodać swój?

Dodaj komentarz

.::Podyskutuj z nami na forum::.

Powiadomienia

Podaj swój adres e-mailowy:

I bądź z nami na bieżąco

Zobacz na żywo w internecie

Czy wiesz, że możesz oglądać TV Republika online na żywo w internecie. Zobacz również TV Trwam na żywo online w sieci. Jedynie polskie stacje telewizyjne dostępne do odbioru.
Wygenerowano w sekund: 0.08
7,422,609 Unikalnych wizyt