Wyszukiwarka


Informacje

Nawigacja

· Strona Główna

· Artykuły

· Kraj

· Myśl

· Media

· Pliki

· Galeria

Archiwum

· 2010 (77)· 2009 (497)· 2008 (593)· 2007 (564)· 2006 (443)

Od Wrześni do Kolonii

Agresywna polityka Eriki Steinbach (do której zdążyliśmy się już przyzwyczaić) od dawna cieszy się jawnym poparciem najwyższych władz RFN i władz poszczególnych landów (do czego również zdążyliśmy się przyzwyczaić, co nie oznacza, że oba wspomniane zjawiska nie budzą najwyższego oburzenia). Teraz szefowa BdV otrzymała wsparcie ze strony Hansa-Gerta Poetteringa, który w tym celu nadużył stanowiska przewodniczącego Parlamentu Europejskiego, a także niemieckiego wymiaru, przynajmniej de nomine, sprawiedliwości, próbującego zamknąć usta Polakom walczącym z niemieckim rewizjonizmem. Sąd zakazał kolportażu ulotki przedstawiającej Steinbach na tle esesmana. A przecież ludobójcza III Rzesza jest dla szefowej BdV jedyną logiczną legitymizacją.

"Moi rodzice poznali się i pokochali w Rahmel w Prusach Zachodnich" - mówi beztrosko Erika Steinbach, urodzona w Rumii w 1943 roku. Jej rodzice pochodzili z zachodnich Niemiec (matka z Bremy, ojciec z Hanau w Hesji) i na Pomorze trafili jako funkcjonariusze okupanta - ojciec był sierżantem Luftwaffe, matka urzędniczką. Zajęli mieszkanie, którego prawowitych właścicieli, Polaków, wypędzono bez środków do życia do Generalnej Guberni albo może zamordowano w lasach nad Piaśnicą. Przypomnijmy: zginęło tam kilkanaście tysięcy przedstawicieli inteligencji z Pomorza, w tym wielu budowniczych Gdyni. Ofiar mogło być więcej, gdyż w 1944 r. Niemcy zacierali ślady zbrodni. Był to pierwszy z wielu tego rodzaju masowych mordów, za pomocą których Niemcy starali się pozbawić polski Naród warstwy przywódczej. Na marginesie warto dodać, że historycy mówią o udziale w zbrodni grafa von Krockowa, który w latach 90. zajmował się u nas promocją tzw. pojednania, a któremu gmina Krokowa nadała honorowe obywatelstwo.
Rodzice Steinbach stanowili trybiki piekielnej maszyny, która bezpowrotnie zniszczyła kwitnący kraj, a jego budowniczych i mieszkańców w ciągu kilku miesięcy zamieniła w nędzarzy rzuconych w nieznane okolice, nierzadko po stracie ukochanych najbliższych osób. A więc zbrodnia w Piaśnicy i wypędzenie Polaków z Pomorza to warunki konieczne tego, co stanowi legitymizację obecnej działalności Eriki Steinbach. I zaledwie delikatna sugestia pod adresem tej pani poprzez umieszczenie jej podobizny w towarzystwie esesmana niczym Lenina na tle Marksa i Engelsa stanowi naruszenie jej dóbr osobistych!
Jak bowiem pamiętamy, właśnie kolportażu tej graficznej informacji o działalności Eriki Steinbach zakazał w ubiegły czwartek sąd krajowy w Kolonii, który uznał, że zilustrowanie tego, co szefowa BdV jawnie i konsekwentnie czyni, "narusza jej dobra osobiste". Niemieccy sędziowie nie tylko ustanowili za złamanie wprowadzonego przez siebie zakazu karę w wysokości 250 tys. euro lub 6 miesięcy więzienia, ale orzekli też, że postanowienie to ma obowiązywać na terytorium Polski.
Czy niemieckie sądy będą teraz zakazywać Polakom mówienia o niemieckiej agresji na Polskę? Czy może sędziowie znad Renu wydadzą wyrok, zgodnie z którym nie będzie można mówić o holokauście Polaków w latach niemieckiej okupacji? Po zakazie kolportażu ulotek Powiernictwa Polskiego, wydanym zresztą bez żadnej próby zachowania pozorów bezstronności w postaci wysłuchania stanowiska PP - przewodnicząca Powiernictwa senator Dorota Arciszewska-Mielewczyk określa sąd w Kolonii mianem "kapturowego" - te pytania wcale nie są retoryczne. Rewizjonistyczny matrix kreowany przez neohitlerowską propagandę w Niemczech, wirtualna rzeczywistość, w której Niemcy są ofiarami, ma się coraz lepiej. Już nie z roku na rok, ale z miesiąca na miesiąc.

RFN - gorzej niż Hakata
19 listopada 1901 r. niemiecki sąd w Gnieźnie skazał na wyroki do 2,5 roku więzienia rodziców dzieci wrzesińskich za to, że ujęli się za swymi córkami i synami katowanymi przez pruskich urzędników. Proces odbył się w innym mieście po to, by dojazdy stanowiły dodatkowe utrudnienie dla mieszkańców Wrześni, jednak sędziowie nie posunęli się aż tak daleko, by w ogóle poprowadzić przewód bez obecności zainteresowanych, jak to uczyniono w XXI w. w Kolonii. Natomiast jeśli chodzi o zaimpregnowane na obiektywne fakty, tu już sędziowie z czasów II Rzeszy i RFN niewiele się różnią. W 1901 r. w Gnieźnie uznano, że zgromadzenie rodziców przed szkołą, do którego doszło spontanicznie, ponieważ rodzice przybiegli ratować swoje dzieci, było zaplanowaną manifestacją antypaństwową. Jednocześnie wbrew orzeczeniom lekarskim stwierdzono, że kary chłosty, jakie wymierzano dzieciom, nie przekraczały dozwolonych prawem wymiarów.
Podobnie sąd w Kolonii zignorował fakt, że ulotka Polskiego Powiernictwa przedstawia po prostu prawdę.
Ten oburzający wyrok jest jednak wewnętrznie spójny. Jego treść bazuje na neohitlerowskiej doktrynie, zgodnie z którą Niemcy są ofiarami, i w związku z tym nie można nawiązywać wprost, deklaratywnie i bezpośrednio, do NSDAP i III Rzeszy. Natomiast sama ta postawa może być, co czynimy w niniejszym tekście, nazywana neohitlerowską dlatego, że właśnie Hitler - czy to przed napadem na Czechosłowację (napadem, dlatego że państwa zachodnie nie miały żadnego pełnomocnictwa na "zezwalanie" Niemcom na zajęcie tego kraju), czy też przed atakiem na Polskę - prowadził propagandę zwaną w niektórych krajach "wiktymizmem" (victimism, victimismo - od victima - ofiara). Ta propagandowa "wiktymizacja" Niemców okazała się integralnym elementem planu, który przez Piaśnicę, Palmiry, Oświęcim, Powstanie Warszawskie, Dachau i Gross-Rosen doprowadził ostatecznie - choć nie takie były zapewne jego cele - do Festung Breslau, do zniszczenia Kolonii, do hekatomby Drezna.
Jakie będzie zwieńczenie planu realizowanego przez Erikę Steinbach, Rudiego Pawelkę i sędziów z Kolonii?
Jednak sędziowie z Kolonii, jak wspomnieliśmy, nie ograniczają się do wydania wyroku, w którym absurd miesza się z tragiczną groteską. Wyrok ten ma według nich obowiązywać również w Polsce. A więc niemiecki wymiar "sprawiedliwości", uczestniczący w propagandzie wiktymizmu, chce zakazać Polakom mówienia u siebie o własnej historii. Może nie od rzeczy byłoby, gdyby polscy dyplomaci zapytali Niemców, na jakiej podstawie uzurpują sobie prawo do sprawowania władzy nad naszym krajem?

Bruksela z hakenkreuzem
Rzeczą najbardziej niebywałą, do jakiej doszło w ostatnich dniach w stosunkach polsko-niemieckich, był udział w sobotnim Dniu Stron Ojczystych przewodniczącego Parlamentu Europejskiego Hansa-Gerta Poetteringa. Poettering już samą swoją obecnością uwiarygodnił zjazd, a jednak to nie wystarczyło szefowi europarlamentu. Wspierając Steinbach w krytyce Powiernictwa Polskiego, Poettering zajął stanowisko identyczne, jak ona sama i sąd krajowy w Kolonii, a więc idące po linii strategii neohitlerowskiej. Wydaje się to jasnym zaprzeczeniem idei europejskiej integracji, która była odpowiedzią na II wojnę światową. Mimo to przewodniczący PE twierdził, że reprezentuje nie tylko instytucje europejskie, ale wręcz bezpośrednio kraje członkowskie, a więc i Polskę. Uczestnikom zjazdu mówił, aby "widzieli w nim Niemca, ale równocześnie także Europejczyka", który występuje w imieniu wszystkich 27 krajów. Choć można to ocenić jako poważne nadużycie piastowanej godności, to sam Poettering oskarżał "niektóre kraje", otwarcie nawiązując do Polski, o to, że "rozdrapując dawne rany i wspierając narodowe egoizmy", usiłują zahamować integrację. Szef europarlamentu potępił jednocześnie roszczenia Pruskiego Powiernictwa, jednak od nich odżegnała się także Erika Steinbach. Również obecny na zjeździe premier Hesji Roland Koch zdystansował się wobec Pawelki. Można powiedzieć, że zarówno przedstawiciel landu, jak i Parlamentu Europejskiego utożsamili się z taktyką BdV - demonstracyjnego oburzenia na każde powiązanie działalności związku z ideowymi poprzednikami, przy jednoczesnym faktycznym powielaniu nazistowskich wzorców.

Sprawa dzieł sztuki
Dzień Stron Ojczystych oraz skandaliczny wyrok niemieckiego sądu zbiegł się w czasie z kolejną odsłoną niemieckiego wiktymizmu - wszczętą przez niemieckie media akcją propagandową w sprawie rzekomo odebranych Niemcom przez Polskę dzieł sztuki. Na temat restytucji zastępczej i przejęcia przez Polskę terenów poniemieckich wraz ze znajdującymi się tam zabytkami powiedziano już w Polsce dostatecznie dużo. Przypominano też, że polskie dzieła sztuki były celowo niszczone bądź po prostu masowo grabione. Oczywiście sprawcy w 1945 r. nie rozpłynęli się w powietrzu. Owszem, najwięksi zbrodniarze, uchodząc przed sprawiedliwością, uciekali choćby do Ameryki Południowej, jednak większość funkcjonariuszy niemieckich służb pozostała w kraju. Szefowa BdV jest córką sierżanta Luftwaffe, wcześniej we władzach organizacji zasiadali prominentni działacze NSDAP, których ręce splamione były krwią pomordowanych Polaków. Wśród dwóch milionów zwykłych członków organizacji z pewnością są co najmniej potomkowie innych funkcjonariuszy służb okupacyjnych. Ewentualność, że żaden z nich nie odpowiada za zniszczenie polskich dóbr kultury, graniczy z niepodobieństwem.
Czy również o tym, zdaniem niemieckich sądów, nie wolno w Polsce mówić?
Charakterystycznym zjawiskiem związanym z niemieckimi roszczeniami odnośnie do zabytków, podnoszonym w wielu komentarzach, jest fakt, że adresatem ich jest jedynie Polska (Niemcy wymieniają też Rosję, ale wiadomo, że stosunki z Moskwą są traktowane zupełnie inaczej). Poniemieckie dobra kultury w innych krajach albo nie są rewindykowane, albo Niemcy uważają, że "nie ma z tym problemów". To charakterystyczny powrót do logiki Locarno, układu, w którym Republika Weimarska gwarantowała nienaruszalność granic Belgii i Francji, ale nie Polski, ani też Czechosłowacji.
Roszczenia dotyczące dóbr kultury pojawiły się przede wszystkim w niemieckich mediach. O odwrócenie odpowiedzialności za II wojnę światową starają się "organizacje pozarządowe" w postaci BdV czy Powiernictwa Pruskiego, które jednak posiadają widoczne wsparcie finansowe i polityczne rządu RFN i landów. Teraz wsparcie to otrzymało wzmocnienie ze strony wymiaru sprawiedliwości, a także tych niemieckich polityków, którzy teoretycznie powinni reprezentować instytucje europejskie. Zapewne - pozwólmy sobie na ironię - zupełnie przypadkowo następuje ostrzeliwanie przez różne, niezależne przecież, ośrodki, tego samego celu. I dodatkowo dzieje się to w czasie, gdy może dojść, nawet już dochodzi, do istotnych zmian na polskiej scenie politycznej. Niemcy, dokonując posunięć, które muszą doprowadzić do pogorszenia stosunków z Polską, oskarżają jednocześnie władze Polski o odpowiedzialność za stan tychże stosunków. Zaś w trakcie Dnia Stron Ojczystych Erika Steinbach wprost zażądała od Polaków wybrania sobie innego, bardziej germanofilskiego rządu.
Jak to jest możliwe, zastanowi się ten czy ów, że ta sama osoba doprowadza do zakazu publikacji skromnego plakatu stanowiącego próbę obrony Polski przed atakiem na jej najżywotniejsze interesy, i jednocześnie "na bezczelnego", zupełnie jawnie i otwarcie, dyktuje Polakom, na kogo mają głosować?
Można sobie wyobrazić (nie jest to żadne kategoryczne stwierdzenie, ot po prostu taka sobie robocza, nic nieznacząca - no, chyba że sąd krajowy w Kolonii stwierdzi inaczej - i z pewnością zupełnie błędna hipoteza), że w skrytości ducha spadkobierców III Rzeszy, może w zaciszu domowym przy dźwiękach Horst Wessel Lied i podczas przeglądania zdjęć ojca czy dziadka pracującego na placówce w Krakau albo Litzmannstadt (oczywiście nie w Rahmel ani Gottenhafen), zachodzi następujący proces myślowy: "To przecież po to nasi bohaterscy ojcowie i dziadowie urządzali te wszystkie Piaśnice i Palmiry, po to Führer napuścił na Polskę Sowietów z tym ich NKWD, Katyniem i Sybirem, żeby na wschodzie pozostał sam motłoch, przecież to my mieliśmy nimi rządzić. 'Polaczki' niby sami o sobie mówią: 'najlepszych z nas wybili, a reszcie mało trzeba', niby już się pogodzili z losem, a tu nagle, nie wiadomo jakim prawem, uznają się za równych nam, i mówią, że będą bronić swojego interesu narodowego. Stratedzy Wielkiej Rzeszy postawili na jedną kartę wszystko, nawet ewentualność wojny z Sowietami, co do której najpierw wiadomo było, że musi wybuchnąć, a potem, że nie da się jej wygrać, bo celem był Lebensraum na nowym niemieckim wschodzie. No a tu tubylcy z Lebensraumu podnoszą głowy". Frustracja i rozgoryczenie.
Tak jak powiedzieliśmy, powyższy opis jest na pewno jedynie błędną hipotezą szalonego germanofoba znad Wisły, zaś Erika Steinbach i jej komilitoni z Bund der Vertriebenen po prostu wspominają sobie dawne strony ojczyste. No, czasem coś się im wyrwie...
I z pewnością zdają sobie sprawę, że gdyby nie II wojna światowa, i tak większości dawnych mieszkańców Śląska, Pomorza i d. Prus Wschodnich już by na tych ziemiach nie było. Aktywistów niemieckiego Drang nach Osten już od XIX w. trapił problem Ostfluchtu - ucieczki ze wschodu. Od pokoleń niemieccy mieszkańcy ziem należących dziś do Polski uciekali ze swoich Stron Ojczystych na zachód (jakoś nikt wtedy nie grzmiał o prawie do Stron Ojczystych, nikt nie urządzał specjalnych zjazdów na ich cześć). W latach 30. ziemie po niemieckiej stronie przedwojennej granicy były już dwa razy słabiej zaludnione niż Wielkopolska, polski Górny Śląsk czy polskie Pomorze. Szacując trendy tego zjawiska w kolejnych dziesięcioleciach, demografowie doszli do wniosku, że obecnie w granicach dzisiejszej Polski mieszkałoby ok. 3 mln Niemców.
Ale zjawisko Ostfluchtu zachodzi również dziś. W czasie, gdy Erika Steinbach mówi o prawie do Stron Ojczystych pod Olsztynem czy Wrocławiem, a nawet w Rumii (może jeszcze na Zamojszczyźnie?), praktyczni Niemcy porzucają swoje mieszkania nad Odrą i Nysą Łużycką i wyjeżdżają nad Dunaj i Ren. Już dziś mieszkania w dawnym NRD są znacznie tańsze niż w Polsce, może z czasem ziemie te zaczną się zaludniać - nie z powodu imperialistycznego ekspansjonizmu, ale z przyczyn ekonomicznych - Polakami ze Szczecina? Czy wtedy również wewnętrzni emigranci ze Schwedt i Eisenhüttenstadt do Kolonii i Stuttgratu zasilą szeregi Związku Wypędzonych?
Krzysztof Jasiński



Poettering poświęcił sprawy UE dla głosów przesiedleńców

Z prezes Powiernictwa Polskiego Dorotą Arciszewską-Mielewczyk rozmawia Mariusz Bober


Jakie realne znaczenie ma udział szefa Parlamentu Europejskiego Hansa-Gerta Poetteringa w zjeździe niemieckich przesiedleńców?
- Sam udział pana Poetteringa w zjeździe przesiedleńców oraz innych polityków uwiarygodnia działalność pani Steinbach i całego Związku Wypędzonych. Jest to bardzo sprytna i cyniczna gra słów. To skandal, że Poettering pojawia się na takich spotkaniach. Przewodniczący PE wystąpił na zjeździe jako polityk niemiecki, który poparł działalność swojej koleżanki, a nie jako polityk europejski. Jego obecność szkodzi stosunkom polsko-niemieckim, a tym bardziej zjednoczonej Europie. Poza tym to potępienie dla naszej ulotki [porównującej Erikę Steinbach do agresywnej wobec Polski polityki hitlerowskiej - red.] świadczy o tym, jak solidarni są politycy niemieccy z przesiedleńcami, niezależnie od tego, jakie funkcje w UE pełnią. Kolejnym skandalem jest to, że Steinbach obciążyła nas i wszystkie kraje napadnięte przez III Rzeszę odpowiedzialnością za przesiedlenia. Trzeba więc przypomnieć, że Hitler został wybrany w demokratycznych wyborach, więc to Niemcy ponoszą odpowiedzialność za działania swego państwa. Miałam nadzieję, że na forum europejskim można przedstawić swoje argumenty, bo wydaje mi się, że Parlament Europejski jest miejscem, gdzie można raz na zawsze skończyć z roszczeniami niemieckimi. Widzę jednak, że postawa pana Poetteringa komplikuje sprawę, ponieważ wyraźnie opowiedział się za linią reprezentowaną przez Erikę Steinbach, Związek Wypędzonych i Rudiego Pawelkę.

Wizyta Poetteringa jest początkiem forsowania interesów przesiedleńców na forum unijnym?
- Oczywiście. Jeśli pan Poettering i Roland Koch [premier Hesji - red.] tak identyfikują się z przesiedleńcami, należałoby się zastanowić, czy także ich nie uznać za persona non grata w Polsce. Nie może być tak, że w zjednoczonej Europie prezentuje się tylko interesy jednego państwa i martyrologię Niemców uznaje za najważniejszą, a zapomina się o tragedii, jaką nam zafundowało państwo niemieckie. Musimy wszyscy bronić prawdy historycznej. Przewodniczący PE zachowuje się jak polityk, który dla partykularnych interesów jest gotów poświęcić myślenie europejskie na korzyść tych 2,5 mln głosów w wyborach od elektoratu, jaki stanowią przesiedleńcy.

No właśnie, do tej pory wielu polityków i dziennikarzy, także w Polsce, przekonuje, że to tylko gra obliczona na zdobycie tego elektoratu, ale nie ma to przełożenia na politykę...
- W ten sposób usprawiedliwiało się polską salonową politykę z początku lat 90., przekonując, że ustępstwa wobec Niemców przyniosą skutki. Jednak obecnie my nie możemy wracać do tego, co się nie sprawdziło i co jest nieskuteczne. Musimy walczyć o interesy polskie.

Ta polityka może jednak wrócić, jeśli władzę po wyborach przejmie PO, deklarując powrót do takiej strategii wobec Niemców. Ci zaś - jak widać po reakcjach tamtejszej prasy - są tym zainteresowani, krytykując wypowiedzi premiera Kaczyńskiego wobec PO i jej polityki niemieckiej.
- Trzeba pamiętać, że przecież ostatnie wybory miało wygrać nie PiS... To nie kto inny jak Donald Tusk jechał kilka lat temu na spotkanie z panią Steinbach na jednym z polskich uniwersytetów. Politycy PO chcą wracać do tego łagodnego języka, który się nie sprawdził. To dopiero ten rząd złożył projekty ustaw mających zabezpieczyć naszych obywateli przed roszczeniami niemieckimi. Więc niech politycy PO uderzą się we własne piersi, bo nic w tej sprawie nie zrobili.

Dziękuję za rozmowę.



Niemcy chcą zeuropeizować problem przesiedleń

Z berlińskim adwokatem Stefanem Hamburą rozmawia Mariusz Bober


Obserwował Pan zjazd przesiedleńców. Jak Pan ocenia to, co się tam wydarzyło?
- Niewątpliwie bardzo ciekawa była wizyta na zjeździe przewodniczącego Parlamentu Europejskiego Hansa-Gerta Poetteringa. Niestety wystąpił on tam najpierw jako Niemiec, następnie jako przyjaciel szefowej Związku Wypędzonych Eriki Steinbach, a dopiero na końcu jako przewodniczący Parlamentu Europejskiego, a myślałem, że będzie odwrotnie. Uważam, że niepotrzebnie wypowiedział się on na temat relacji między Powiernictwem Polskim a Eriką Steinbach i Związkiem Wypędzonych.

Czy to oznacza, że będzie on forsował interesy przesiedleńców na forum unijnym?
- Na pewno nastąpiła tzw. europeizacja problemu, tzn. sprawa wypędzeń została przeniesiona na wyższy - europejski poziom. A to nie jest dobra wiadomość.

Czyli szef PE dał się wykorzystać Związkowi Wypędzonych jako narzędzie forsowania interesów przesiedleńców na forum unijnym?
- Nie wiem, czy dał się wykorzystać, może po prostu od razu chciał, by tak było. Dlatego może dobrze byłoby, żeby parlamentarzyści europejscy zwrócili się do niego z pytaniem, o co mu chodziło.

Na przykład czy szef PE może występować jako promotor żądań wypędzonych?
- Co prawda nie poparł on roszczeń majątkowych przesiedleńców, ale nie muszą one wystąpić teraz. Na razie chodzi o uznanie wypędzeń za zjawisko, które nigdy nie powinno się powtórzyć. Te roszczenia majątkowe mogą jednak wrócić. Niestety bowiem wkrótce może się okazać, że w świadomości społeczeństw europejskich będą istniały tylko dwie grupy poszkodowanych w wyniku II wojny światowej: ofiary holokaustu i niemieccy przesiedleńcy. Bo kto w Europie Zachodniej będzie wiedział, co się działo we wschodniej części kontynentu. Dlatego od dłuższego czasu powtarzam, że w Berlinie powinno powstać polskie centrum dokumentujące polską historię. Na razie Niemcy wybudowali pomniki ofiarom holokaustu, Romom i Sinti. W Niemczech trzeba prezentować polskie sprawy, inaczej nie będą one zauważane.

Czy ta ofensywa propagandowa przesiedleńców wsparta przez szefa PE może mieć jakieś przełożenie na płaszczyźnie prawnej?
- Premier Hesji Roland Koch, występujący również na zjeździe, powiedział, że prawo europejskie powinno tak samo obowiązywać wszystkie kraje członkowskie. Tego typu wypowiedzi świadczą m.in. o tym, że należy bardzo uważać np. na Kartę Praw Podstawowych, która ma obowiązywać w ramach traktatu reformującego Unię Europejską. W przyszłości będzie można ją wykorzystać jako taran, którym można będzie zrobić wyłom w polskim prawie i dochodzić roszczeń niemieckich przesiedleńców wobec państwa polskiego.

Dziękuję za rozmowę.


Komentarze

Brak dodanych komentarzy. Może czas dodać swój?

Dodaj komentarz

.::Podyskutuj z nami na forum::.

Powiadomienia

Podaj swój adres e-mailowy:

I bądź z nami na bieżąco

Zobacz na żywo w internecie

Czy wiesz, że możesz oglądać TV Republika online na żywo w internecie. Zobacz również TV Trwam na żywo online w sieci. Jedynie polskie stacje telewizyjne dostępne do odbioru.
Wygenerowano w sekund: 0.08
7,422,665 Unikalnych wizyt