Wyszukiwarka


Informacje

Nawigacja

· Strona Główna

· Artykuły

· Kraj

· Myśl

· Media

· Pliki

· Galeria

Archiwum

· 2010 (77)· 2009 (497)· 2008 (593)· 2007 (564)· 2006 (443)

Był mi bardzo bliski

Ksiądz prałat Zdzisław Jastrzębiec Peszkowski był dla mnie osobą bardzo ważną. Choć znałem go tylko trzy lata, wywarł na życie moje i mojej rodziny zdecydowany wpływ. Nie wiem, czy dane mi będzie jeszcze spotkać w życiu człowieka tak wielkiego formatu...

"Byłem u Ciebie w te dni przedostatnie..."
Bardzo się ucieszył, gdy przyszedłem go odwiedzić w piątek, 5 października, do szpitala w Aninie. Zanim jednak przyjechałem, rozmawiałem z księdzem telefonicznie. - Przyjdź, proszę, tak bardzo się za tobą stęskniłem... - powiedział. Nie potrzebowałem o nic więcej pytać, wiedziałem, że muszę się z nim zobaczyć. Wcześniej próbowałem wielokrotnie dotrzeć do Anina, jednak stan zdrowia księdza nie pozwalał na wizyty. Najważniejsze było, że czuje się troszeczkę lepiej i chce się ze mną spotkać.
Siedział na łóżku w pozycji półleżącej, owinięty kocem, pod plecami miał poduszki. Jego twarz była wyciągnięta, blada i zmęczona, ale w oczach miał to samo ciepło, którym mnie zawsze obdarowywał. Przyniosłem księdzu prałatowi kwiaty i zdjęcia moich córeczek, o które bardzo prosił. Położył je sobie na poduszce i powiedział stanowczo, a zarazem niezwykle ciepło: - To jest moje i proszę mi tego nie zabierać.
Trzymałem księdza za rękę, czując podświadomie, że już go chyba więcej nie zobaczę. Powiedział, że bardzo się cieszy, iż dobry Bóg pozwolił mu doświadczyć tutaj, w szpitalu, cierpienia... Był bardzo zamyślony, kiedy go opuszczałem, patrzył w okno, za którym miał widok na las; tyle że drzew chyba nie dostrzegał... Jego wzrok sięgał gdzieś dalej, głębiej, jak gdyby widział już inny świat. Serce mi się ścisnęło, gdy się z nim żegnałem, bo był jakby nieobecny, pogrążony w modlitewnej ciszy. A tak wiele rzeczy chciał jeszcze zrobić... Gdy trzy dni później dowiedziałem się, że nie żyje, zrozumiałem, że chciał się ze mną zobaczyć właściwie głównie po to, by się pożegnać...

Prezydent w Katyniu
Wtedy, tego dnia, kiedy byłem u księdza w szpitalu, poprosił, żebym przeprowadził z nim wywiad na temat pobytu prezydenta Lecha Kaczyńskiego w Katyniu. Sam nie mógł tam pojechać, bo był przykuty do szpitalnego łóżka, lecz sercem razem z prezydentem pochylał się nad grobami poległych polskich oficerów, jego umiłowanych kolegów. Prosił, żeby nasza rozmowa ukazała się w "Naszym Dzienniku" jako najważniejsza wiadomość, bo chciał w ten sposób oddać hołd prezydentowi. Tak też się stało, choć ksiądz nie doczekał już tej chwili...
Kiedy rano w poniedziałek dowiedziałem się, że nie żyje, nie mogłem w to uwierzyć. Ksiądz Peszkowski miał bowiem w sobie pomimo tylu lat młodzieńczy zapał do pracy. Mówił w tamten piątek: - Na razie napiszemy krótki tekst, a potem popracujemy nad większą rzeczą. Na wieść, że opuścił nas wszystkich, zrobiło mi się bardzo przykro. Pomyślałem, że nie zobaczę już jego ciepłego uśmiechu, nie poczuję dotyku ręki i nie usłyszę słów, w których zawsze było tak wiele miłości i dobra... Szybko jednak wrócił jakiś spokój i pewność, że mnie nigdy nie opuści, że będzie przy mnie jeszcze bliżej niż wcześniej. Zawsze bowiem powtarzał, że otacza moją rodzinę modlitwą i będzie o nas pamiętał, kiedy już go nie będzie wśród żywych. Przypomniałem sobie te słowa i żal po stracie księdza prałata przemienił się w pewność, że jest bardzo blisko w tajemnicy Świętych Obcowania, o której tak pięknie zawsze mówił.

Jesień 2004 roku
Dziś dziękuję dobremu Bogu, że dał mi wielkie wyróżnienie poznania tak niezwykłego kapłana, który miał wielki udział w radościach i smutkach mojej rodziny. A wszystko zaczęło się trzy lata temu, kiedy udałem się do niego, by porozmawiać o większym nagłośnieniu w "Naszym Dzienniku" sprawy Katynia. Siedząc obok księdza w jego mieszkaniu na Dziekanii i patrząc mu w oczy, w których było tak wiele dobra, opowiadałem o swojej rodzinie, mojej pracy, wartościach, które wyznaję. Kiedy wspomniałem mu o moim dziadku, Michale Czartoryskim, który tak jak ksiądz szedł razem z armią Andersa, doświadczając wcześniej cierpienia na Kołymie, a później bijąc się pod Monte Cassino, aż podskoczył z radości. - Był z nami jakiś Czartoryski, może to on - powiedział z promiennym uśmiechem.
Szybko zrodziła się między mną a księdzem swoista bliskość i szczególna nić porozumienia. A od pierwszej rozmowy z nim było dla mnie jasne, że jest to święty człowiek.

Rok Katyński i ślub
Zbliżał się powoli rok 2005, a więc ten, w którym miała minąć 65. rocznica mordu katyńskiego. Ksiądz, z którego inicjatywy mieliśmy możność obchodzenia wówczas w Polsce Roku Katyńskiego, bardzo chciał, by cały nasz kraj i świat dowiedział się, jacy oficerowie polscy z nazwiska i stopnia ponieśli wówczas śmierć. Pragnął ich przybliżyć ludziom, uwypuklić tę wielką ofiarę, jaką złożyli na ołtarzu Ojczyzny. Na jego gorącą prośbę w "Naszym Dzienniku" ukazywała się codziennie w roku 2004 i 2005 rubryka "Z polskiej drogi krzyżowej", w której prezentowane były nazwiska, stopnie, data i miejsce urodzenia poległych oficerów. Na tej liście wielu Czytelników odkryło swoich bliskich, co księdza niezmiernie cieszyło. Tak zaczęła się nasza znajomość, która szybko przerodziła się w wielką, serdeczną przyjaźń. Zawsze, gdy przychodziłem na Dziekanię, ksiądz prałat witał mnie z otwartymi ramionami, a gdy dzwoniłem, mówił, że jest dla mnie o każdej porze, nigdy nie odmawiając spotkania czy chwili rozmowy. Nie wiedziałem, czym sobie na to zasłużyłem, ale bardzo się cieszyłem z tego faktu, ponieważ każda chwila spędzona z księdzem bardzo mnie ubogacała. Rozmawiając z nim, czułem się tak, jak gdyby był on dla mnie kimś bardzo bliskim, jakby tożsamy z moim dziadkiem. Pewnego dnia powiedziałem o tych moich uczuciach księdzu; odparł, że wie o tym i na jego twarzy pojawił się ciepły uśmiech.
Gdy spytałem księdza, czy istniałaby możliwość, aby pobłogosławił mój związek małżeński, bez wahania odparł: - Będę się bardzo cieszył... Chociaż miał bardzo "napięty grafik", przyjechał aż do Torunia, gdzie miała się odbyć uroczystość, mimo iż na drugi dzień uczestniczył w ważnym spotkaniu z biskupami. Kiedy wówczas patrzyłem, jak chwilami wyraźnie opuszczały go siły podczas sprawowania Mszy Świętej, serce ściskało mi się z trwogi. On jednak sam nie dał poznać po sobie, że się źle czuje. Podobnie było w następnym roku, kiedy udzielał chrztu mojej pierwszej córce. Wówczas uświadomiłem sobie, że jest to ksiądz niezwykły, który nie zważa na swoje potrzeby, a w sercu nieustannie nosi Boże przesłanie wyrażające się w trosce o drugiego człowieka. - Jeszcze żyję - zawsze odpowiadał, gdy pytałem go o zdrowie. Tematu nie kontynuował... Po swoim mieszkaniu chodził w butach, by szybko wyjść, gdyby ktoś go o coś poprosił, a pomocy drugiemu nie odmawiał nigdy... I co ciekawe, stale był w drodze - do Częstochowy, do Rzymu, do Londynu, do Stanów Zjednoczonych etc. Mimo lat i coraz gorszego zdrowia.

Wierny do końca swej misji
Było to dla mnie zawsze nie do pojęcia, jak można w tym wieku być tak bardzo aktywnym i tak wiele rzeczy robić. Przecież mimo licznych spotkań z ludźmi, uroczystości państwowych i kościelnych, w których czynnie uczestniczył, zawsze pisał którąś z kolejnych książek, następny artykuł czy szykował się, by zadzwonić do Radia Maryja i podzielić się swoimi spostrzeżeniami na jakiś temat... Żył nieustannie Golgotą Wschodu, tym cierpieniem, które określał jako największą ranę Narodu. Bolał nad tym, że pomimo iż żyjemy już w wolnej Polsce, jeżeli chodzi o Katyń często spotyka się z niezrozumieniem czy zwykłą ludzką obojętnością. Nie rozpaczał jednak, lecz pogrążał się w modlitwie i z wielką energią planował kolejne rzeczy: to spotkanie z harcerzami czy młodzieżą szkolną przy pomniku Poległych i Pomordowanych na Wschodzie, to sesję naukową o Katyniu.... Cieszył się, gdy został nominowany do Pokojowej Nagrody Nobla, bo jak mówił: - Tu nie chodzi o mnie, ale o to, by cały świat usłyszał o Katyniu, o tej wielkiej, a nierozliczonej zbrodni ludobójstwa. Wykorzystywał więc każdą chwilę i okazję do tego, by informować ludzi o Katyniu, nagłaśniając sprawę mordu polskich oficerów i apelując do polityków i ludzi dobrej woli, by "kwestię Katynia" doprowadzili wreszcie do końca. Swoje kazania zwykle kończył słowami, że tak samo jak Ojciec Święty Jan Paweł II uważa, iż pamięć i przebaczenie powinny kierować naszym rozumieniem przeszłości. Dlatego tak ważny był dla niego fakt, że prezydent Rzeczypospolitej Polskiej Lech Kaczyński specjalnie odwiedził Katyń i w godny sposób pochylił się nad mogiłami poległych Polaków. Ten fakt osładzał mu cierpienie ostatnich dni w anińskim szpitalu. Uważał ten wyjazd prezydenta za niezmiernie ważny początek nowego rozdziału w stosunkach polsko-rosyjskich.
Przyjaciel, mój i wielu innych, odszedł do Domu naszego Ojca, jednak dzieło jego życia nie skończyło się wraz z tą śmiercią. Musimy je nieść dalej, by nie zmarnować jego wysiłków. A ksiądz Zdzisław Peszkowski w tajemnicy Świętych Obcowania z pewnością nam w tym będzie pomagał!
Piotr Czartoryski-Sziler


Komentarze

Brak dodanych komentarzy. Może czas dodać swój?

Dodaj komentarz

.::Podyskutuj z nami na forum::.

Powiadomienia

Podaj swój adres e-mailowy:

I bądź z nami na bieżąco

Zobacz na żywo w internecie

Czy wiesz, że możesz oglądać TV Republika online na żywo w internecie. Zobacz również TV Trwam na żywo online w sieci. Jedynie polskie stacje telewizyjne dostępne do odbioru.
Wygenerowano w sekund: 0.08
7,123,144 Unikalnych wizyt