Wyszukiwarka


Informacje

Nawigacja

· Strona Główna

· Artykuły

· Kraj

· Myśl

· Media

· Pliki

· Galeria

Archiwum

· 2010 (77)· 2009 (497)· 2008 (593)· 2007 (564)· 2006 (443)

Ciemno wszędzie, głucho wszędzie

Stało się. Mamy globalny kryzys finansowy, którego skutki są już dotkliwie odczuwane przez wiele krajów, a także zasadniczo wpływają na międzynarodowe stosunki gospodarcze i polityczne. To już nie ostrzeżenia czy dywagacje o nadchodzącym kryzysie sprzed niespełna roku. Od sierpniowego kryzysu rynku nieruchomości w USA (a potem kilku podobnych, lecz mniejszych wstrząsach w innych krajach) wystąpiła seria bardziej drastycznych faktów ekonomicznych, świadczących o istnieniu kryzysu.

Mamy do czynienia z silną inflacją w Stanach Zjednoczonych, sięgającą już w ubiegłym roku 2,5 proc. i pochłaniającą znaczną część nominalnego wzrostu płac, wynoszącego 3,7 proc. (wzrost płac był mniejszy od wzrostu kosztów utrzymania). W lipcu 2008 roku inflacja doszła niemal do 5 proc. (4,9), a przewidywania na kilkanaście najbliższych miesięcy nie są optymistyczne (prognozy mówią o utrzymaniu się 4-procentowej inflacji). Taka inflacja zawsze przekłada się na spore komplikacje dla inwestorów, ale także producentów i konsumentów. Nic dziwnego, że z wielką ostrożnością szacuje się przyszły PKB (wcześniej wzrastał on o 2,5 proc., a w tym roku zaledwie o 0,93 proc.).
Jesteśmy świadkami zakłóceń w światowym systemie bankowym z najbardziej spektakularnym, lecz chyba nie ostatnim wydarzeniem: powalenia na kolana Bear Stearns (piątej spośród największych firm inwestycyjnych i ubezpieczeniowych) i sięgnięcia po nadzwyczaj kosztowne dla Rezerwy Federalnej (30 mld dolarów gwarancji) koło ratunkowe. Nokaut Bear Stearns uruchomił lawinę spadku wartości akcji, w tym renomowanych banków, takich jak JP Morgan (-4,1 proc.), Citigroup (-6,1 proc.), Bank of America (-3,9 proc.). Jeszcze bardziej przecenione zostały akcje banków inwestycyjnych: Lehman Brothers (-14,6 proc.), Merrill Lynch (-6 proc.), Goldman Sachs (-5,4 proc.), nie mówiąc o tym, że banki hipoteczne już od zeszłorocznego kryzysu na amerykańskim rynku nieruchomości jeszcze liżą rany. O spadkach indeksów giełdowych nie warto wspominać.
Prostą, lecz wiele mówiącą oznaką kryzysu finansowego są straty odnotowane wskutek występujących perturbacji ekonomicznych. Komisja Rynku Finansowego OECD szacuje, że w pierwszej fazie 2007 roku straty te osiągnęły poziom 422 mld dolarów, w tym 80 mld poniesione przez amerykańskie banki. Szacuje się, że ogólne straty powstałe wskutek zagrożenia wypłacalnością amerykańskich kredytobiorców osiągną astronomiczną kwotę 1,6 biliona dolarów.
Ciągle nasila się kryzys na światowym rynku surowców energetycznych. Dodajmy do tego, że gospodarka amerykańska jest obciążona bezprecedensowo dużym długiem. Coraz mniej jest optymistów, którzy wierzą, że kiedykolwiek uda się go spłacić. Oczywiście negatywnie rzutuje to na sytuację gospodarczą krajów wierzycielskich, ale wcale nie oznacza to, że Amerykanie mogą wydostać się z pułapki zadłużenia za pomocą jakichś sztuczek finansowych.

Skala problemów finansowych
Tak skomplikowane zjawiska jak kryzys finansowy nie dają się opisać w kilku prostych słowach. Trzeba więc polegać na możliwie najbardziej wiarygodnych informacjach i analizach, ale ocena tej wiarygodności jest niezmiernie trudna.
Warto więc zacząć od ustalenia, czym jest globalny kryzys finansowy. Ogólnie mówiąc, kryzys oznacza ostre pogorszenie wszystkich lub większości wskaźników finansowych (charakteryzujących różne strony życia gospodarczego). Nie chodzi o jednostkowe czy sporadyczne perturbacje, których nigdy nie brakuje, lecz o zmiany całościowe. Ściślej mówiąc, chodzi o silny spadek aktywności gospodarczej w skali danego kraju, poszczególnych krajów i świata. Wśród tych wskaźników niekorzystny jest wzrost stóp procentowych, a także spadek cen akcji czy cen nieruchomości. Takie wskaźniki ujawniają istnienie hamulców aktywności gospodarczej. Ale bierze się także pod uwagę wskaźniki i spektakularne wydarzenia ujawniające poważne trudności, z którymi borykają się przedsiębiorstwa i instytucje finansowe.
W przypadku USA wspomniane wskaźniki pozornie rozbiegają się w różnych kierunkach. Stopy procentowe kredytu udzielanego przez Bank Rezerwy Federalnej (czyli bank centralny) są wyjątkowo niskie. W czerwcu br. zredukował on stopy procentowe do 2,25 proc., gdy jeszcze na początku roku mieściły się w granicach 4-4,75 procent. Można by pomyśleć, że wszystko jest w porządku. Mniejsze stopy sprzyjają ekspansji gospodarczej. Oznaczają bowiem, że kapitał jest mniej kosztowny (taki też motyw przyświecał polityce finansowej Rezerwy Federalnej). Niestety, nie są to zwykłe kredyty, lecz jedynie jedna z form krótkookresowej pomocy dla banków, których kondycja finansowa przedstawia się nie najlepiej. Innymi słowy, jest to wspomaganie banków tanimi kredytami w celu uchronienia ich przed bankructwem. W podobnym kierunku kształtowane są także stopy dyskontowe.
Zgoła inaczej mają się sprawy z kredytami dla przedsiębiorców i konsumentów. Oprocentowanie (dwuletniego) kredytu konsumpcyjnego w bankach komercyjnych utrzymuje się od dłuższego czasu na poziomie powyżej 12 proc. Od roku amerykańskie kredyty konsumpcyjne wahały się w granicach 2500 mld dolarów, a to wiele znaczy. Zważywszy, że "tradycyjnie" wzrost kredytów stymulował wzrost popytu konsumpcyjnego, to trudno przeczyć, że wraz z inflacją (i wzrostem kosztów utrzymania) musiało dojść do znacznego zahamowania popytu konsumpcyjnego. To tłumaczy, dlaczego opinia publiczna w USA źle ocenia sytuację gospodarczą (według sondaży Gallupa jest to 77 proc. respondentów).
Pobudzenie aktywności gospodarczej przez Rezerwę Federalną i programy rządowe sprzyja głównie bankom. Ale banki komercyjne, inwestycyjne, a tym bardziej hipoteczne, czują się zbyt zagrożone, aby po prostu "transmitować" pomoc FED na swych kredytobiorców. Przeciwnie, po doświadczeniach z kryzysem hipotecznym jeszcze wyżej szacują ryzyko finansowe (niewypłacalności kredytobiorców) oraz starają się na nich "odkuć". W rezultacie oprocentowanie kapitału dla przedsiębiorców i konsumentów nie maleje.
Większość wskaźników finansowych USA (a w nieco mniejszej skali - krajów Unii Europejskiej) w ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy rzeczywiście uległa pogorszeniu i nikt tego już nie kwestionuje

Co to za kryzys?
Wszelkie skrótowe relacje lub "newsy" o sytuacji kryzysowej są niewystarczające, dlatego warto byłoby obecny kryzys opisać wszechstronnie. To należy do wyspecjalizowanych placówek analiz ekonomicznych, dysponujących odpowiednim przygotowaniem i środkami (tych jednak w Polsce poprzednie rządy pozbywały się, rozpędzając w końcu nawet rządowe Centrum Studiów Strategicznych). Można więc śmiało powiedzieć, że rząd w poruszanych tutaj, niezwykle ważnych sprawach działa niczym ślepy we mgle. Rzetelnych, systematycznych analiz światowej koniunktury gospodarczej i wynikających stąd konsekwencji politycznych i gospodarczych nie zastąpią proste obserwacje i refleksje. Chodzi natomiast o rozstrzygnięcie, czy bulwersujące zjawiska gospodarcze są przejściowe, a zatem wpisują się w schemat cyklicznego rozwoju gospodarczego, czy przeciwnie, są one trwałe i oznaczają wyczerpanie się dotychczasowych perspektyw rozwoju społecznego i gospodarczego, a może także rozkład instytucji umożliwiających rozwój. Jest to trudne pytanie, ale w ciągu ostatniego roku zbyt często słychać było z ust zarządców najważniejszych w świecie instytucji finansowych oraz polityków, że "najgorsze jest już za nami".

Spojrzenie umiarkowanie optymistyczne
Jesteśmy właśnie w trakcie ożywionych sporów, co do charakteru obecnego kryzysu. Ciekawy jest podział opinii. Amerykańskie raporty rządowe oraz międzynarodowych instytucji finansowych sugerują, że obecny kryzys finansowy ma charakter przejściowy. Prezydent Bush 2 czerwca br. mówił o "ekonomicznej niepewności" (a nie o kryzysie), wzywając do szeregu energicznych działań. Przeforsował "rabat podatkowy" dla amerykańskich podatników na ponad 86 mld dolarów, wierząc w ożywienie popytu i poprawę złych nastrojów. Załatwił refinansowanie zadłużonych hipotek itp. Oceny MFW także są umiarkowanie optymistyczne, gdyż przewidują dalsze osłabienie tempa wzrostu do końca br., a później stopniową poprawę.
Inny jest wydźwięk raportów Forum Stabilności Finansowej, które skupia przedstawicieli rządów G-7 oraz najważniejsze instytucje finansowe świata, w tym również rząd USA i wspomniany MFW. W dniach 28-29 marca br. ukazał się raport FSF, który obliguje rządy do energicznego przeciwdziałania "stresowi w systemie finansowym". Dwa tygodnie później spotkanie tego Forum zakończyło się przyjęciem pakietu skoordynowanych interwencji. Przy tej okazji mówiono o perspektywie dalszych 12-18 miesięcy "zawirowań finansowych". Nie oznacza to bynajmniej bagatelizowania kryzysu, lecz raczej obawę przed niepotrzebnym podgrzaniem nastrojów. Proponowane interwencje daleko wykraczają poza stosowanie rutynowych "korekt" (operacje otwartego rynku, pomoc w utrzymaniu płynności banków itp.). Najbardziej znamienne jest to, że pogrzebano ostatecznie tezę, jakoby rynki finansowe posiadały zdolność samoczynnego osiągania równowagi (co warto dedykować naszym ultraliberalnym zwolennikom liberalizacji rynków finansowych, którzy się jej ciągle trzymają). Postanowiono wprowadzić nadzwyczajne rygory prawne i kontrolne.
Komisja Rynków Finansowych OECD wyraża się bardziej jednoznacznie. Jej raport z 14-15 kwietnia br. nawiązuje do ustaleń FSF i nawołuje wprost do "dokonania gruntownej reformy systemu finansowego w celu rozwiązania problemów wynikających z obecnego kryzysu na rynkach finansowych".
Są to, z grubsza biorąc, najważniejsze oficjalne czynniki, które optują za tezą, iż obecny kryzys ma charakter koniunkturalny. Rok, półtora roku to horyzont nieodzowny dla złapania oddechu i wyjścia z opresji. W ocenie realizmu takich zamierzeń zawsze pojawia się jednak pytanie o ich skuteczność (lub wykonalność).
Pod tym względem na szczególną uwagę zasługuje Forum Stabilności Finansowej, ponieważ zrzesza przedstawicieli siedmiu najbogatszych krajów świata, a ponadto najważniejsze banki centralne oraz najpotężniejsze międzynarodowe instytucje finansowe, dysponuje zatem wielkim zakresem wpływów. Ale do przeistoczenia się tych wpływów w skuteczną politykę wychodzenia z kryzysu może okazać się to niewystarczające. Po pierwsze, sama idea stabilizacji (zawarta w nazwie Forum) kryje wątpliwe przesłanie zachowania dotychczasowego status quo (a może sprowadza się do pytania: co zmienić, aby niczego nie zmienić?). Po drugie, zastanawia, dlaczego banki i rządy w tym przypadku stoją po jednej stronie lady, co sugeruje, że przeważa tutaj troska o banki, a nie o ogólną pomyślność gospodarczą. Można oczywiście dowodzić, że uratowanie obecnego systemu bankowego jest nieodzowne do ponownego otwarcia perspektyw rozwoju gospodarczego, lecz ich silna pozycja w FSF pomniejsza znaczenie rządów albo (co jest prawdopodobne) nadaje rządom rolę służebną wobec światowej finansjery. I wreszcie rzecz najważniejsza. Koordynacja rządów najbogatszych krajów oraz najbardziej wpływowych instytucji finansowych w celu osiągnięcia "stabilności finansowej" trąci naiwnością. Narodowe tendencje odśrodkowe są zbyt silne, zaś poważanie dla amerykańskiego przywództwa doznało poważnego uszczerbku wskutek obecnego kryzysu finansowego (i wcześniej - wojny w Iraku). Bo w sytuacji kryzysowej zawsze szuka się winnych. Już zresztą do głosu dochodzą działania "na własną rękę", zabezpieczające poszczególne kraje przed skutkami zarażenia kryzysem. Także brak reprezentacji Chin, Rosji, a nawet odsuwających się od USA krajów Ameryki Łacińskiej sprzyja nasilaniu tendencji odśrodkowych.
Z tego płynie sceptycyzm co do powodzenia trudnego projektu stabilizacji finansowej. Oczywiście nie należy z góry przekreślać szansy powodzenia, ale o istnieniu tej szansy decyduje przede wszystkim to, czy ów projekt opiera się na wnikliwej diagnozie obecnego kryzysu. Tutaj są spore wątpliwości.

Spojrzenie pesymistyczne
Coraz więcej ośrodków badawczych i osób zajmujących się problematyką ekonomiczną skłania się do pesymistycznej diagnozy kryzysu. Odzwierciedla on, ich zdaniem, strukturalne i instytucjonalne problemy gospodarki amerykańskiej i europejskiej (a nie tylko sektora finansowego!), które już są dobrze widoczne, zaś możliwości ich pokonania - niewidoczne. To poważna sprawa zwiastująca, zdaniem wielu komentatorów, początek końca hegemonii USA w świecie finansów. Nie jest to szokujące, jeśli pamięta się, że już w 1996 roku bodajże najwybitniejszy znawca kryzysów finansowych Charles Kindleberger (autor popularnej także w Polsce książki "Szaleństwo, panika, krach. Historia kryzysów finansowych") uznał za możliwe, że USA stopniowo tracą dominującą pozycję w gospodarce światowej.
Jest to także radykalna zmiana sytuacji Unii Europejskiej, która przechodzi od ambitnych wyzwań o charakterze globalnym do zabiegów o przetrwanie.
Dla analiz i opinii polemicznych wobec oficjalnych enuncjacji dotyczących kryzysu najbardziej charakterystyczne jest to, że odrzucają one zawężenie spojrzenia na obecny kryzys do kwestii funkcjonowania systemu finansowego (tak jak to wygląda w raportach FSF i międzynarodowych instytucji finansowych). Takie zawężenie sprowadza globalny kryzys finansowy do "kryzysu płynności", a ściślej rzecz biorąc, kwestii niedostatku środków pieniężnych w bankach, a dalej do wniosku, że rządy i banki centralne powinny dostarczyć bankom brakujące środki w postaci tanich kredytów lub też dofinansowania i gwarancji finansowych. Tak rozumiany "kryzys płynności" skłania władze finansowe do obniżania oprocentowania kredytu, ale to nie załatwia sprawy. Niższe stopy procentowe przyczyniają się do wzrostu popytu (pobudzonego przez zaciągane kredyty inwestycyjne i konsumpcyjne), a pośrednio - do inflacji.
Trzeba pamiętać, że każdy dolar lub złotówka zaciągniętego kredytu jest z definicji dolarem lub złotówką długu. Kiedy więc mówi się o wzroście puli kredytów, to mówi się jednocześnie o wzroście zadłużenia. A zadłużenie pociąga za sobą konieczność spłaty, co w pewnych sytuacjach życiowych okazuje się trudne. Wtedy cierpią dłużnicy, a za nimi także wierzyciele (banki), odkrywający poniewczasie, że wzrosło "ryzyko finansowe" (ryzyko niewypłacalności ich klientów). I znowu banki czują gorzki smak "kryzysu płynności".
Odmienne, szersze spojrzenie na zjawisko kryzysu polega na dociekaniu, dzięki jakim czynnikom lub obszarom biznesu osiągano wcześniej pomyślność i czy owe czynniki lub obszary nie uległy wyczerpaniu. To narzuca historyczne podejście do zachodzących zmian i wydarzeń gospodarczych, bowiem owe czynniki i obszary w każdej epoce historycznej są odmienne. Pesymizm jest tutaj niejako zakodowany w sposobie widzenia rzeczywistości gospodarczej, gdyż przyjmuje się za pewnik, iż wszystko, co dobre, musi się skończyć.

Niebezpieczne pękniecie
Sygnalizowane zjawiska musiały niekorzystnie odbić się na strukturze gospodarki amerykańskiej. Wszystkie dotychczas dynamicznie rozwijające się sektory znajdują się w "środowisku gospodarczym" (pozostałych 53 sektorów), które nie tylko cechuje względny zastój technologiczny, ale które są narażone na konsekwencje niskiej rentowności, zwłaszcza inwestycji. W wielu przypadkach narażone są także na marginalizację (jak tradycyjny handel jest wypierany przez wielkie sieci handlowe). Inwestycje (finansowe i rzeczowe) koncentrowały się naturalnie w sześciu "nowoczesnych" sektorach. Z czasem musiało więc dojść do tego, że ów względny zastój oraz niska rentowność (przeważającej części gospodarki) musiały obrócić się przeciwko sektorom - liderom. Przyczyna jest prosta: w takich warunkach popyt na ich produkty nie mógł żadną miarą wzrastać odpowiednio do ich mocy produkcyjnych i podejmowanych inwestycji.
Z ekonomicznego punktu widzenia czynnikiem motorycznym obecnego kryzysu było nieokiełznane dążenie wielkich korporacji finansowych i przemysłowych do wysokich zysków. Stało się ono główną siłą niszczącą nie tylko wcześniejsze podwaliny gospodarcze, ale także dotychczasowe instytucje publiczne, kulturę i tradycyjne więzi społeczne. Neoliberalizm okazał się narzędziem realizacji tych nieokiełznanych dążeń, dostarczając korporacjom fałszywe idee ograniczania, w imię wolności jednostki, wszelkich tradycyjnych instytucji, z wyjątkiem jednej: wielkiej korporacji. Czyli tej instytucji, która w oślepiającym blasku marketingu i hałasu medialnego dziś najsilniej zniewala pod względem duchowym i materialnym jednostki, rządy i całe społeczeństwa. Wspomniane dążenie do wysokich zysków w świecie finansowym walnie przyczyniło się do destabilizacji systemu finansowego. W latach siedemdziesiątych odkryto, a potem zalegalizowano nową dziedzinę biznesu: zarabianie na instrumentach pochodnych, czyli mówiąc prościej - zabezpieczaniu transakcji finansowych przed ryzykiem. Im większa zmienność kursów walut czy stóp procentowych, czyli im większe ryzyko, tym większe zyski z podobnych operacji finansowych. A to oznacza, że zainteresowanie niestabilnością rynków finansowych musiało przeważyć nad troską o stabilność tych rynków. To tylko jeden z przykładów anomalii wywołanych korporacyjną chciwością.
Obecny kryzys jest także zwiastunem śmierci neoliberalizmu, który stanowił ideowe uzasadnienie forsowanych przez ostatnie dziesięciolecia w krajach Zachodu przemian społecznych i ekonomicznych. Powstało coś, co śmiało można nazwać neoliberalną pułapką, w której znalazły się kraje anglosaskie, a za nimi Francja, Niemcy i Włochy, a ostatnio z neofickim zaangażowaniem - Hiszpania. Neoliberalizm stał się miotłą, która zmiatała wszystko, co stało na drodze wielkich korporacji.
W tym świetle nie może dziwić, że szczególnym przedmiotem ataków i represji stał się Kościół katolicki. Wielkie korporacje nieprzypadkowo w latach 80. zyskały w literaturze naukowej miano "amoralnych kalkulatorów". Głęboko ugruntowana w nauce społecznej Kościoła troska o życie moralne stanowiła dla nich barierę najtrudniejszą do skruszenia.
Na tle tego (niepełnego i ułomnego) obrazu globalnego kryzysu finansowego reakcje polskich czynników rządowych i opiniotwórczych są zdumiewające. Kryzys jest dzisiaj dobrze już rozpoznany przez wszystkie ośrodki analiz ekonomicznych na świecie oraz przez rządy wszystkich niemal krajów. Polskie władze rządowe nie chcą jednak dostrzegać powagi sytuacji. W popularnych mediach, które powinny w tej sytuacji zapalić czerwone światło ostrzegawcze, panuje nastrój zgoła wakacyjny. Z kilku enuncjacji prasowych, wspominających o kryzysie mimochodem lub fragmentarycznie ukazujących nerwowe reakcje zachodnich instytucji finansowych i rządów, można odnieść wrażenie, że chodzi co najwyżej o bliżej niesprecyzowaną ewentualność globalnego kryzysu, niemającego nic wspólnego z sytuacją gospodarczą i geopolityczną Polski. Jakby raczej chodziło o jedną z wielu ciekawostek przyrodniczych.
W przeciwieństwie do pozostałych rządów Europy, Azji i pozostałych kontynentów, polski rząd nadal gra stare melodie. Negocjuje projekt instalacji amerykańskiej tarczy antyrakietowej, który w obecnej sytuacji staje się surrealistyczny. "Walczy" o ratyfikację traktatu z Nicei, gdy dotychczasowe argumenty zostały poddane ostrej weryfikacji przez... rzeczywistość kryzysu. Może rząd nie śledzi wszystkich enuncjacji prasowych, ale powinien cokolwiek wiedzieć w sprawie sygnalizowanego w mediach wycofywania się (delikatnie mówiąc) Niemiec ze stawiania na Unię Europejską. Nawiasem mówiąc, w warunkach obecnego kryzysu nie powinno to dziwić.
Znamienne, że zamiast o silnych procesach inflacyjnych na Zachodzie mówi się w Polsce o "drożyźnie" żywności i ropy naftowej, jakby były to wydarzenia pozbawione szerszego kontekstu. Bez choćby nikłej wzmianki na temat kondycji dolara i euro.
Polska przez ostatnie dwa dziesięciolecia przeszła ciernistą drogę, na której początkowych kilometrach dzisiaj znajdują się Stany Zjednoczone i "stara" Europa. Niepowodzenie powtarzanych co kilka lat zapowiedzi dynamicznego rozwoju gospodarczego, o których za każdym razem starano się szybko zapomnieć, nie wynikają wyłącznie z przyczyn wewnętrznych. Co więcej, są one w sposób widoczny "zaprogramowane" jako ułatwienie ekspansji energicznie wspieranych przez rządy zachodnie wielkich korporacji. Kolejne rządy przymilały się, słały czerwone dywany, pokornie przyjmowały rolę kamerdynera przed najbardziej cynicznymi "inwestorami", nie wykluczając sektora White-Colar Crime (w nim prym wiedzie przestępczość finansowa w skali międzynarodowej).
Nic dziwnego, że Polska stała się jedną z pierwszych (choć nie jedyną) ofiarą globalizacji. Nasze problemy od dwóch dziesięcioleci są specyficznym, może tylko zaostrzonym przejawem globalizacji i wpisanego w nią scenariusza kryzysu. W dalszej kolejności, co nie jest żadnym pocieszeniem, ale zgodnie z logiką, pod tym samym toporem padają "stare" kraje Zachodu.
Warto zaznaczyć, że kryzys globalny prawdopodobnie nie uderzy bezpośrednio w całą naszą gospodarkę, gdyż jej większa część znajduje się poza zasięgiem rynków finansowych (albo stanowi własność zagraniczną). Wynika to raczej z naszego ubóstwa materialnego (znacznie pogłębionego przez politykę rządów w latach "transformacji ustrojowej"), z oczywistego w tej sytuacji braku wymaganych przez banki zabezpieczeń finansowych, a także z powodu niskich oszczędności (najbardziej narażonych na ryzyko niewypłacalności banków), niż z ostrożności finansowej firm polskich czy gospodarstw domowych. Wynika to także z funkcjonowania względnie rozległej szarej strefy. W tym sensie jako społeczeństwo jesteśmy trochę odporni na występujący obecnie globalny kryzys finansowy. O wiele bardziej aniżeli "dopieszczone" chwiejącą się od dłuższego czasu gospodarką dobrobytu kraje "starej" Europy. Jesteśmy bliżej modelu "życia w kryzysie". To się bardzo liczy, bowiem w kryzysie pierwszorzędną rolę odgrywa umiejętność przetrwania. Ale potrzeba jeszcze mądrej strategii wyjścia z kryzysu.
W kryzysie bardziej niż zwykle liczą się czynniki emocjonalne (zrozumiałe w warunkach silnych zagrożeń) wywołujące istotne zmiany zachowań ekonomicznych i wyborów politycznych. Zwykle przekłada się to na radykalne przetasowania w sferze politycznej, przyspiesza schodzenie ze sceny zgranych postaci i partii, a zarazem pompuje świeże powietrze. Nie jest to wcale złe.
Paradoksalnie, zasadnicze zagrożenie kryje się gdzie indziej. Tak jak to mogliśmy wcześniej zobaczyć podczas kryzysu argentyńskiego, rząd pod silnym naciskiem banków i innych instytucji finansowych (wspieranych przez rządy zachodnie) może stanąć po ich stronie i przerzucić dotykające banki skutki kryzysu (czyli ich straty) na społeczeństwo. Znając dotychczasową praktykę rządzenia w Polsce, cechującą się serwilizmem wobec rządów zachodnich i lekceważeniem interesu narodowego (lub, jak ostatnio, sprowadzającą go do czystej retoryki), tego rodzaju scenariusz jest wysoce prawdopodobny. Kolejnym zagrożeniem jest duża podatność polskiego systemu finansowego na atak spekulacyjny ze strony międzynarodowych grup finansowych. Kryzys w USA paradoksalnie nie zmniejsza, lecz zwiększa prawdopodobieństwo tego ataku. Rząd i instytucje nadzoru finansowego w Polsce są nieprzygotowane do przeciwdziałania lub kontroli nad atakiem spekulacyjnym. Jak pisał w połowie zeszłego wieku guru współczesnej globalizacji, Joseph Schumpeter: "Bezbronna twierdza zachęca do ataku". Nie chodziło mu bynajmniej o ostrzeżenie krajów zagrożonych atakiem, lecz o usprawiedliwienie i zarazem przyzwolenie na podejmowanie podobnych akcji.
Nie jest więc prawdziwe uspokajające stwierdzenie, że obecny globalny kryzys finansowy nie rzutuje na polskie realia gospodarcze i polityczne. Podobne stwierdzenie, dotyczące wpływu kryzysu na amerykańskim rynku nieruchomości na rynek nieruchomości w Polsce, było uzasadnione. Ale sytuacja uległa zasadniczej zmianie - dzisiaj kryzys nie dotyczy strumienia, lecz rzeki wylewającej w czasie wielkiej powodzi.
Prof. dr hab. Artur Śliwiński

Autor jest pracownikiem naukowym Wyższej Szkoły Handlu i Finansów Międzynarodowych im. Jana Pawła II w Zielonej Górze, wieloletnim wykładowcą analizy koniunktury gospodarczej na Uniwersytecie Warszawskim.


Komentarze

Brak dodanych komentarzy. Może czas dodać swój?

Dodaj komentarz

.::Podyskutuj z nami na forum::.

Powiadomienia

Podaj swój adres e-mailowy:

I bądź z nami na bieżąco

Zobacz na żywo w internecie

Czy wiesz, że możesz oglądać TV Republika online na żywo w internecie. Zobacz również TV Trwam na żywo online w sieci. Jedynie polskie stacje telewizyjne dostępne do odbioru.
Wygenerowano w sekund: 0.05
7,484,798 Unikalnych wizyt