Z Andrzejem Żydaczewskim, operatorem filmowym, twórcą zdjęć do ok. 200 filmów dokumentalnych, wykładowcą Wyższej Szkoły Kultury Społecznej i Medialnej, rozmawia Katarzyna Cegielska
Jakie predyspozycje powinien posiadać operator kamery?
- Przede wszystkim powinien być indywidualistą w twórczości, proponować własne spojrzenie na świat, a jednocześnie prezentować postawę służebną wobec realizatora, reżysera czy dziennikarza i robić zdjęcia podporządkowane ogólnej idei, którą oni wyznaczyli. Jest to dosyć trudny zawód, dlatego że ciągle trzeba być do dyspozycji osoby, która nami kieruje. Jeżeli nie podporządkujemy się, mogą wyjść fantastyczne zdjęcia, może być fantastyczny tekst, natomiast wszystko razem stworzy nieudaną całość. Bo film nie jest indywidualną produkcją, to jest dzieło całego zespołu, łącznie z tymi, którzy ustawiają światła, którzy wożą...
Jak wygląda życie operatora?
- Taki człowiek podporządkowuje się pracy. To są zwykle ludzie, którzy w późnym wieku się pobierają, ponieważ przez większą część czasu pochłania ich praca. To są ludzie, którzy często długo muszą być daleko od rodziny, co jest wielkim mankamentem. Muszą być zdrowi, bo często wyjeżdżają do różnych stref klimatycznych i muszą się dostosować do różnych warunków, np. żywieniowych. Operatorem nie może być cherlak, który będzie więcej leżał w łóżku, niż pracował. A zatem liczy się przede wszystkim zdrowie i chęć zrobienia czegoś, zaznaczenia własnej osobowości w zdjęciach. Dlaczego nasi najsłynniejsi operatorzy pracują obecnie w Hollywood? Oni mają ideę i idealistyczne spojrzenie na świat. Każdy z nich interpretuje ten świat inaczej i reżyserzy ich wynajmują do zdjęć. To jest zawód, który jest sposobem na życie, to przez całe życie jest uniwersytet, przez całe życie człowiek się uczy. Spotykamy tysiące wspaniałych ludzi, jesteśmy w wielu krajach, miejscowościach, poznajemy zwyczaje, sztukę, muzykę, historię tych ludzi. Jest to fascynujące i trzeba być otwartym na to wszystko. Im się będzie więcej wiedzieć, tym więcej będzie można przekazać. Nie można robić zdjęć, nie znając idei filmu. Po prostu trzeba się z nią zapoznać. Nie zawsze jest scenariusz i scenopis, ale ideę filmu przedstawia każdy realizator. I trzeba się temu podporządkować.
Często doświadczamy tego, że łatwo jest manipulować obrazem, zwłaszcza na etapie montażu...
- Oczywiście, że można obrazem manipulować. Wymyślili to znani reżyserzy w Związku Sowieckim w latach dwudziestych minionego stulecia. Podam taki przykład manipulacji zdjęciami. Obsługiwałem pierwszą wizytę Ojca Świętego Jana Pawła II w Polsce w 1979 roku. Szef dziennika telewizyjnego wezwał nas na zebranie i wydał specjalne instrukcje. Powiedział, że musimy robić zbliżenia Papieża, jak najwięcej starszych ludzi, duchowieństwa, a unikać młodzieży. I żeby nie było widać spontaniczności, która wtedy panowała. Ja z początku się ucieszyłem, bo cały czas pokazywać Papieża to coś fantastycznego, ale potem sobie myślę, zaraz, zaraz... Jak stanąłem wśród tych tłumów na placu Zwycięstwa, jak zobaczyłem główka przy główce cały plac wypełniony, nie darowałem sobie, musiałem zrobić panoramę po całym placu Zwycięstwa, obecnie placu Piłsudskiego. Prawdopodobnie te zdjęcia gdzieś się zachowały. Wykonanymi zdjęciami też można manipulować. Przecież jak Papież przejeżdża samochodem, tło z tyłu jest rozmazane, nie widać ludzi, a potem wkleja się staruszki, staruszków, duchowieństwo, które stoi, modli się, a nie wiwatuje. Można to zrobić.
A co ze światłem, z kadrowaniem?
- Światłem można bardzo wiele zdziałać. Na przykład jesteśmy niesymetryczni. Jeżeli oświetlimy tę szerszą część twarzy, to zrobimy z człowieka grubasa. Jeśli oświetlimy tę węższą część twarzy, to się jakoś wszystko skurczy. To jedna manipulacja. Jeżeli chcemy pokazać człowieka takiego przygniecionego, takiego małego, "kręcimy" go z góry, wychodzi ogromna głowa, nóżki kończą się gdzieś tam daleko, wszystko to jest zniekształcone. Stalin kazał się fotografować z dołu, bo miał ok. 160 cm wzrostu, więc jak go fotografowali z dołu, wychodził na potężnego mężczyznę. Kiedy po jego śmierci ten szczegół wyszedł na jaw, to nikt nie chciał w to uwierzyć, bo wszystkim się wydawało, że jest to wielki mężczyzna. To są triki telewizyjne, sposób oświetlenia, sposób ustawienia kamery pozwala na zniekształcenia. Oczywiście można zniekształcić twarz, zbliżając bardzo blisko obiektyw kamery do twarzy, wtedy nos staje się wyrazisty, oczy zagłębione w tyle. Wszystko zależy od tego, jakiego obiektywu się użyje, co się chce uzyskać. Jest to świadome działanie.
W czasie długiej pracy zawodowej na pewno doświadczył Pan ciekawych wydarzeń, przygód związanych z tą pracą...
- Były takie wrażenia, których nie zapomnę do końca życia. W Afryce Południowej podczas zdjęć w czasie zmiany rządów białych na rządy czarnych. W pewnym momencie obok mnie siadło kilku młodych, rosłych chłopców, może osiemnasto-, dziewiętnastoletnich i zdarzyła się taka historia. Jeden z nich ukradł torebkę mojej dziennikarce z samochodu. Ja w tym czasie, zaaferowany tym, co się dzieje, trzymając kamerę, bo ją ściągałem ze statywu, zostałem kopnięty w brzuch i uderzony czymś silnie w plecy. Ci młodzi ludzie wyrwali mi kamerę i uciekli. Natychmiast pojechaliśmy na policję, zawiadamiając o zajściu. Na miejsce zdarzenia pojechał patrol, który po dwóch godzinach wrócił. Policjanci powiedzieli, że już wiedzą, kto tę kamerę zabrał, jednak jej nie odzyskałem. Nie tylko ja miałem taką przygodę, koledze w Sudanie przystawili kałasznikowa do głowy i też mu odebrali kamerę.
Dobrze, że uszedł Pan z życiem. A przypomina Pan sobie jakąś miłą przygodę?
- O przyjemnych rzeczach trudno mówić, bo właściwie takie spotykały mnie w ciągu całej pracy zawodowej, jest ich bardzo wiele. Jako młody,
18-letni chłopak byłem członkiem klubu fotograficznego i kółka filmowego w Pałacu Młodzieży. I to właściwie ukierunkowało całe moje życie. To, czego się tam nauczyłem, potem zużytkowałem w pracy zawodowej. Miałem tyle szczęścia u początków pracy w telewizji, że zawodowi filmowcy, gwiazdy polskiego świata operatorskiego, nie chcieli tam pracować. To był dla nich wstyd. Telewizja nie liczyła się jeszcze jako sztuka filmowa, choć teraz też coraz bardziej zanika. Ale był taki czas, że telewizja coś znaczyła intelektualnie - Kabaret Starszych Panów, teatr poniedziałkowy... Jako młody chłopak po maturze zacząłem pracować. Telewizja nawiązała kontakt z kółkiem filmowym, które prowadził wtedy pan Adam Gottwald, rewelacyjny wychowawca powojennej młodzieży. Był amatorem filmowcem, nie wszystko wiedział, więc zatrudniał fachowców. Montażu uczył mnie pan Wacław Kaźmierczak, sława, jeden z najlepszych montażystów w Polsce, a może w Europie. Uczyliśmy się u tego rodzaju operatorów jak Karol Szczeciński, Leonard Zajączkowski, który odkrył przede mną tajniki ustawiania światła. Od nich otrzymałem pierwszą szkołę, a później w pracy uczyłem się dalej dzięki pomocy starszych kolegów. A kiedy zaczęli do telewizji przychodzić operatorzy po szkole filmowej, ambicją moją i kolegów stało się ukończyć filmówkę i zdobyć dyplom. I tak się stało. Ale jak już wspomniałem, praca operatora jest jak nieustanne studiowanie na uniwersytecie.
Dziękuję za rozmowę. |
|