 | Obserwujemy dziś - niestety stale się nasilającą - plagę rozpadania się małżeństw, epidemię rozwodów. (Tak, tak - to jest zaraźliwe. Coraz powszechniejsze społeczne przyzwolenie na rozwód jest ważnym czynnikiem rozpowszechniania się tego dramatycznego zjawiska). Wszystko, co dzieje się w świecie, ma swoje przyczyny. Co jest przyczyną takiego stanu rzeczy? Spróbujmy się nad tym zastanowić.
Każdy mógłby bez wysiłku wymienić cały szereg przyczyn zewnętrznych godzących w dobro rodziny. Ot choćby: bezrobocie, niskie płace, konieczność pracy obojga rodziców, kłopoty mieszkaniowe, podatki krzywdzące rodziny, które wychowują dzieci, droga żywność, podręczniki szkolne, dojazdy itd., itp. Wielu swe niepowodzenia rodzinne właśnie tymi przyczynami tłumaczy. Czują się usprawiedliwieni, bo takie czasy, a w ogóle to wszyscy tak robią. W pewnym sensie jest to nawet wygodne... bo zwalnia z wysiłku, z podjęcia trudu naprawy. Czy jednak godzi się, by dorosły człowiek całe życie tłumaczył wszystkie swoje niepowodzenia tym, że... w dzieciństwie miał do szkoły pod górkę?
Moim zdaniem, prawdziwą przyczyną złej kondycji małżeństw nie są wcale przyczyny zewnętrzne. Przecież w takich samych warunkach zewnętrznych żyje cała rzesza wspaniałych, dobrze funkcjonujących małżeństw. Co więcej, nierzadko daje się zauważyć, że złe, trudne warunki zewnętrzne powodują mobilizację sił w całej rodzinie i jeszcze bardziej ją cementują. Właśnie wspólne pokonywanie trudności jest bardzo ważnym elementem budowania głębokich więzi. Żebyśmy się dobrze rozumieli. Nie chcę gloryfikować złych warunków, ale chcę pokazać, że nawet trudne warunki można wykorzystać do budowy dobrych relacji w rodzinie.
Gotowość do miłości
Co jest zatem przyczyną kryzysów małżeńskich? Według mojej oceny, przede wszystkim czynniki wewnętrzne, zakorzenione w ludziach. Ściślej - chodzi o stan dojrzałości do małżeństwa. Można powiedzieć: dojrzałości do miłości. Dojrzałość wyraża się zdolnością do zapanowania nad swoim egoizmem i tym samym do budowy relacji, w której dobro drugiego (kochanego) i dobro wspólne stawiane jest wyżej niż egoistycznie rozumiane dobro własne. Zauważmy, że całe rzesze ludzi hołdują dziś ideom indywidualistycznym głoszącym coś dokładnie przeciwnego: ty masz prawo do swojego szczęścia, więc możesz zostawić żonę i dzieci dla "prawdziwej miłości" swego życia. Ludzie masowo marzą o miłości "prawdziwej", nierzadko nie zdając sobie sprawy, co to znaczy i jakie niesie ze sobą konsekwencje. Czy jest to naprawdę marzenie o tym, bym ja się mniej liczył od ukochanej osoby. Bym ja się mógł bezinteresownie poświęcać i kosztem siebie budować dobro rodziny? Bym ja mógł oddać (czy oddawać codziennie) życie dla dobra rodziny? Dla wierzących katolików wzorem miłości męża do żony jest miłość Chrystusa do Kościoła. Wszyscy wiemy, że miłość Chrystusa do Kościoła zaprowadziła Go aż na krzyż. Ilu mężów jest chętnych i gotowych do dźwigania choćby lekkich krzyży codzienności? Wszyscy marzymy o miłości i jej pięknych, smakowitych owocach. Czy naprawdę gotowi jesteśmy wejść w prawdziwą relację miłości, zaryzykować miłość?
Dar z siebie
Jan Paweł II mówił: "człowiek w pełni nie może się odnaleźć inaczej jak tylko przez bezinteresowny dar z siebie samego". A przecież miłość to właśnie bezinteresowny dar z siebie. Nie ma innej drogi do pełni szczęścia, a jednocześnie do pełni człowieczeństwa jak tylko przez miłość tak właśnie rozumianą. Rzecz w tym, by zatęsknić, zamarzyć o życiu na służbie miłości, o życiu pełnym poświęcenia, a nawet (gdy potrzeba) cierpień na rzecz i dla dobra ukochanych bliskich. W tym znaleźć radość, że to ja właśnie, trudząc się, a nawet cierpiąc dla dobra rodziny, przyczyniam się do budowania coraz piękniejszych relacji miłości. Ci, którzy ten stan dojrzałości osiągnęli, czerpią pełnię szczęścia w miłości bez względu na warunki zewnętrzne. Szczęście bowiem "mieszka" we wnętrzu człowieka, w jego duszy. I choć to dla wielu może zabrzmi paradoksalnie, to niezmiennie twierdzę, że w każdej trudnej sytuacji należałoby rozpocząć od zgięcia własnego karku i... kolan u kratek konfesjonału. Syn marnotrawny zanim powrócił, powiedział: "Ojcze, zgrzeszyłem przeciwko Bogu i Tobie". Już słyszę krzyk wielu udręczonych osób: dlaczego ja? Przecież to współmałżonek jest wszystkiemu winien. To on jest darmozjadem, nierobem, on wrzeszczy (a może i bije), on zdradza... dlaczego ja? Już spieszę z wyjaśnieniami. Zapomnieliśmy o podstawowym celu małżeństwa, jakim jest wspólna droga do świętości poprzez budowę "komunii osób", jak mawiał Jan Paweł II. Tak więc podstawowym zadaniem żony i męża jest wspieranie współmałżonka w drodze do świętości. Jeżeli współmałżonek się pogubił i zszedł z Bożych dróg, to nie ma ważniejszej sprawy, niż pomóc mu się odnaleźć. I nie ma tu za dużego kosztu, tu chodzi o zbawienie. Jeżeli jedno się pogubiło, to drugie ma zawsze jakiś w tym udział.
Mówiąc obrazowo (zresztą obrazek z życia wzięty, choć lekko podkolorowany): pan w poradni narzeka, że jego żona jest okropna. Mówi o niej straszne rzeczy, że taka, że owaka, słowem: jędza. Wysłuchawszy go uważnie, mówię: właściwie to się Panu dziwię. Dlaczego Pan się z taką wiedźmą ożenił? Tu na twarzy rozmówcy pojawia się nieopisane zdumienie. Mówi: przecież ona 15 lat temu była zupełnie inna. Była wspaniałą kobietą, fantastyczną kandydatką na żonę. Ach, tak (mówię), to ona dopiero przy Panu stała się taka wredna, pod Pana opieką. A przecież Pan jej w dniu ślubu obiecał, że przy Panu stanie się świętą osobą, że Pan będzie strzegł jej wzrostu i rozwoju, uchroni przed zagubieniem. Wygląda na to, że Pan strasznie się w swych obowiązkach małżeńskich zaniedbał. Czas chyba wrócić do domu i zabrać za odrabianie zaległości. Póki jeszcze to jest możliwe.
Drogi Czytelniku. To nie jest żadna kpina. Mówiąc najpoważniej, każdy z małżonków oskarżający drugiego, że stał się gorszy po ślubie, w gruncie rzeczy oskarża siebie, że nie wypełnił podstawowego powołania i obowiązku małżeńskiego. Oczywiście, życie jest bogate i w praktyce mogą rozgrywać się najróżniejsze warianty.
Wariant pierwszy: mogła zaistnieć sytuacja opisana. "Materiał" na męża i żonę był naprawdę dobry, lecz został zmarnowany. Uświadomienie własnego udziału w zaistniałej złej sytuacji zwykle jest mobilizujące do podjęcia trudu naprawy małżeństwa. Widziałem wielokrotnie małżeństwa powstające z nieprawdopodobnych tarapatów, które po powrocie do siebie były dużo bardziej scementowane niż przed zaistniałą złą sytuacją. Jest w tym nawet pewna prawidłowość, że uczciwe i mądre wychodzenie z trudności powoduje wzrost więzi tak wielki, iż niejednokrotnie można odnieść wrażenie, że trudności się małżeństwu "opłaciły". Tak bywa, lecz nie zmienia to faktu, że wszelkich kryzysów należy zawczasu unikać. Bo nie tylko w pożarnictwie łatwiej jest zapobiegać, niż gasić.
Wariant drugi: współmałżonek od początku w ewidentny, rozpoznany sposób nie był gotów do małżeństwa. Nic nikogo nie zwalnia od odpowiedzialności za świadome zawarcie małżeństwa z osobą złą, za wybór fatalnego ojca czy matki swoich przyszłych dzieci. Nie mogą tu być usprawiedliwieniem ani lęk przed staropanieństwem, ani najsilniejsze nawet "odbierające rozum" zakochanie, ani żadne inne okoliczności. Gdy ktoś wie, że kandydat po prostu elementarnie nie nadaje się na męża czy żonę lub ojca czy matkę, nie wolno mu decydować się na małżeństwo. Naiwne oszukiwanie siebie: jak się ożeni, to się odmieni, jest naprawdę niegodne człowieka. Konsekwencje własnej złej decyzji trzeba po prostu ponosić...
Wariant trzeci: doszło do oszustwa i świadomie ukryte zostały cechy lub fakty dyskwalifikujące daną osobę jako małżonka. Należy robić wszystko, by poznanie przed ślubem było tak głębokie i pełne, by zminimalizować możliwość oszustwa. Jednak czasem do niego nie dochodzi. Kościół w mądrości swojej uznaje za nieważne małżeństwa zawarte w takich okolicznościach. Oczywiście, jeżeli oszustwo dotyczyło rzeczy ważnej, po której ujawnieniu nie doszło by do ślubu. Rozstrzygnięcie tej sprawy leży w gestii sądu duchownego.
Wariant czwarty (najczęstszy): nie było pełnego rozeznania co do osoby przyszłego współmałżonka, a ma on pewne doświadczenia, utrwalone cechy, a może nawet i nawyki (któż ich nie ma?), delikatnie mówiąc, nieułatwiające budowy komunii małżeńskiej. Gdy dojdzie do zawarcia małżeństwa, należy już patrzeć tylko do przodu. Jeżeli wracać do przeszłości, to tylko po to, by zakreślać tereny koniecznej pracy, a nawet by znajdować okoliczności łagodzące dla nie najlepszego postępowania współmałżonka. Bo jaką osobistą winą jest to, że ktoś wychował się w rodzinie niepełnej, że rodzice się wiecznie kłócili, że ojciec był alkoholikiem, że matka zajęta swoją karierą zaniedbała wychowanie dzieci itd., itp. Słowem - należy budować przyszłość, minimalizując skutki zła z przeszłości.
Budowla na skale
W budowie komunii małżeńskiej warto nauczyć się języka poprawnej komunikacji. To ludziom dobrej woli (a takich przynajmniej na początku małżeństwa jest zdecydowana większość) znakomicie ułatwia budowę jedności - komunii - tak przecież różnych osób żony i męża. Przeżywana radość prawdziwej komunii jest największą (i naprawdę wystarczającą) nagrodą za niezaprzeczalny trud jej budowania. Jest jeszcze jeden ważny (a może najważniejszy) aspekt. Dla ludzi wierzących jest oczywiste, że trudne dzieło budowy komunii małżeńskiej należy podejmować z Bożą pomocą. Mamy tu do dyspozycji środki nadzwyczajne - łaski sakramentalne ze szczególnym uwzględnieniem łaski płynącej z sakramentu małżeństwa. Nie znam małżeństwa, które by obficie korzystało z łask sakramentalnych i rozpadło się. Co nie znaczy, że takie małżeństwa nie przeżywają trudności. Zresztą sprawa jest jednoznacznie opisana w Piśmie Świętym. Myślę o domu na skale. Co prawda uderzą w niego wichry i nawałnice, ale on się ostoi, bo na skale jest zbudowany. W innym miejscu czytamy, że skałą jest Chrystus! Myślę, że niczego nie potrzeba tu dopowiadać.
No cóż. Każda para żyjąca w małżeństwie jest na jakimś etapie drogi ku sobie, ku realizacji podstawowego celu małżeństwa katolików: ku pełni komunii osób. Ci, którzy czują, że błąkają się po bezdrożach, powinni podjąć trud nawrócenia. Zresztą potrzebne jest ono każdemu, nawet najpiękniejszemu i najświętszemu małżeństwu. Zawsze będzie coś do zrobienia, gdy mamy w oczach, czy raczej w sercu i duszy, niedościgłą perspektywę niepojętej komunii Osób Boskich, a jak już wspominaliśmy, jest ona wzorem "komunii małżonków", jak mówił Jan Paweł II.
Człowiek dojrzały, przepełniony miłością nie obwinia wszystkich dookoła. On szuka przyczyny zła w sobie i myśli, co on może zrobić dla naprawy złej sytuacji. By zatem w sposób poważny, godny człowieka zmierzyć się z jakimś życiowym problemem, trzeba zacząć od szukania przyczyny w sobie. Jak ma szukać w sobie przyczyny żona maltretowana psychicznie (a czasami i fizycznie) przez męża? Jak ma szukać w sobie przyczyny mąż, który logicznie ułożył w absolutnie spójną całość wersję wypadków, w której to wersji za wszystko ewidentnie ponosi winę żona? A jednak trzeba właśnie w ten sposób podejść do sprawy. Wiele żon i wielu mężów próbuje naprawiać małżeństwo przez wymuszanie zmian na współmałżonku. Nawet zmian potrzebnych i ukierunkowanych na prawdziwe dobro. Wymuszanie jest sprzeczne z miłością i nigdy w końcowym bilansie nie przynosi dobrych efektów. Można natomiast prosić współmałżonka o wspaniałomyślne ofiarowanie trudu przemiany siebie, swych zachowań na rzecz dobra małżeństwa. Ofiarowanie w pełnej wolności własnego trudu dla dobra małżonka i małżeństwa to jest prawdziwy język miłości. Mądrze jest niejako "w zamian" (choć nie ma to być targ) zaoferować przemianę siebie, wsłuchawszy się w potrzeby współmałżonka. Prosić można niemalże o wszystko. Jednak najlepiej zacząć od spraw konkretnych i realnych. Nic tak nie uskrzydla jak sukces. Nie wolno jedynie prosić czy żądać zła moralnego. Zło moralne wprowadzone w relację małżeńską zniszczy je od środka. Wyczucie zła moralnego każdy człowiek ma inne. Przykładowo w dziedzinie seksualności znacznie wrażliwsze wyczucie mają kobiety, a więc to one powinny być przewodniczkami mężów: co w tej dziedzinie jest piękne i dobre, a co niedopuszczalne. Zgoda żony na zło, które rozpoznaje, a którego mąż nie widzi, jest krzywdą wyrządzoną mężowi i małżeństwu.
Reasumując, dojrzały człowiek chcący naprawiać małżeństwo zaczyna od tego, co jest realne, od przemiany siebie. W tym miejscu przypomina się sytuacja, w której Matka Teresa z Kalkuty, zagadnięta przez dziennikarza: "jak zmienić świat na lepszy?", odpowiedziała: "Pan zmieni siebie, ja siebie i... świat będzie lepszy".
Jacek Pulikowski
Dodane przez rodzina dnia Art. z 2006 roku | ˇ 4385 Czytań -  |
|  |