Polacy, pamiętajcie: Grecy udowodnili, że marzenia się spełniają
7 czerwca o godzinie 18.00 w Bazylei rozegrany zostanie pierwszy mecz finałów piłkarskich mistrzostw Europy w Austrii i Szwajcarii. Zmierzą się w nim ekipy Helwetów oraz Czech. Dzień później w Klagenfurcie dojdzie do historycznego wydarzenia dla kibiców nad Wisłą. Pierwszy raz w historii o punkty mistrzostw kontynentu walczyć będzie bowiem reprezentacja Polski - na początek przyjdzie jej stoczyć bój z zespołem Niemiec, z którym jeszcze nigdy w dziejach nie wygrała. - My lubimy robić rzeczy historyczne - obwieścił Maciej Żurawski, kapitan naszej narodowej drużyny, zapytany o prognozy na spotkanie z brązowymi medalistami ostatniego mundialu. Bo sporo pierwszy raz udało się na Euro awansować, to dlaczego ma się nie udać pierwszy raz pokonać Niemców?!
Każdy z 16 finalistów przyjechał do Austrii i Szwajcarii w takim samym celu - by walczyć o najwyższe laury. Jedni mają szanse większe, drudzy mniejsze, jedni potencjał pozwalający myśleć o tytule, drudzy co najwyżej o nim pomarzyć - ale przed pierwszym gwizdkiem sędziego wszyscy mają prawo i wręcz obowiązek mówić, że chcą zdobyć tytuł. Inaczej ich poświęcenie, praca i serce w nie włożone nie miałyby sensu. A że czasami marzenia, i to najbardziej śmiałe, się ziszczają, pokazały poprzednie mistrzostwa Europy, które odbywały się w Portugalii. Przed ich rozpoczęciem nikt, naprawdę nikt nie stawiał na reprezentację Grecji, mającą być li tylko dostarczycielem punktów dla możnych i faworytów. Tymczasem dowodzeni przez niemieckiego szkoleniowca Otto Rehhagela zawodnicy wspięli się na wyżyny umiejętności, perfekcyjnie wypełnili wszystkie zadania postawione im przez trenera i sięgnęli po tytuł! To były niesamowite tygodnie, pełne wrażeń, niespodzianek, sensacji i udowadniające, że najpiękniejsze w sporcie jest to, iż nie wszystko można weń przewidzieć. Szanse na sukces Greków wydawały się tak znikome, iż wręcz nierealne. Na boisku jednak wszelkie prognozy okazały się nietrafne, błędne, bezsensowne. Chłopcy Reehagela z każdym meczem zdobywali serca kibiców. Nie grali może pięknie, nie zachwycali technicznymi sztuczkami, nie budzili podziwu umiejętnościami - ale sercem już tak. I zostali mistrzami Europy. Czy teraz nie mogłoby dojść do powtórki?
Rozum mówi, że nie, serce podpowiada coś innego. Serce myśli po polsku, serce chciałoby, aby sen o sukcesach Biało-Czerwonych się nie zakończył, by trwał, trwał i trwał. Bo już sam awans naszych piłkarzy do finałów był czymś niezwykłym. Na początku eliminacji szykowaliśmy się na kolejną katastrofę, po porażce z Finlandią nastroje były więcej niż minorowe. Polacy pod wodzą holenderskiego trenera Leo Beenhakkera potrafili się jednak podnieść, odbudować i w chorzowskim meczu z Portugalią zagrać jak z najpiękniejszych marzeń. To był moment zwrotny w dziejach naszej narodowej drużyny, pokazujący, iż słowa Beenhakkera o rodzących się nad Wisłą talentach nie były tylko rzucane na pocieszenie serc. Nasi pierwszy raz w dziejach awansowali do finałów mistrzostw Europy i zaczęli tworzyć swoją historię.
Pewnie, nie będą faworytami w walce o medale. Nie mają w składzie tylu gwiazd i indywidualności co Francuzi, Włosi, Holendrzy, Hiszpanie czy Niemcy i Chorwaci - nasi grupowi rywale. Tworzą jednak zespół, który świetnie przygotowany fizycznie i mentalnie może sprawić niespodziankę. Niejedną. - Skoro potrafiliśmy pokonać Portugalię w wielkim stylu, to czemu nie mielibyśmy zagrać podobnie i na mistrzostwach? - pytał Żurawski, dodając, iż chcąc pokonać Niemców, Polacy będą musieli zagrać lepiej niż przeciw Cristiano Ronaldo i jego kolegom. Rozum mówi, że sukcesem, i to sporym, byłoby już samo wyjście z grupy. Wszak obok wspomnianych już Niemców i Chorwatów przyjdzie Biało-Czerwonym zmierzyć się z zawsze groźnymi współgospodarzami turnieju. Serce podpowiada, że w sporcie wszystko jest możliwe. Wciąż mamy w pamięci obraz cieszących się z tytułu Greków, Ebiego Smolarka strzelającego bramki Portugalczykom, radości po wywalczeniu historycznego awansu.
Niemcy mówią, że przyjechali na mistrzostwa po tytuł. Włosi, Francuzi, Holendrzy, Portugalczycy, Hiszpanie mają podobne plany. Turniej ma swoich faworytów, a kto pod koniec czerwca wzniesie Puchar im. Henri Delaunaya, przekonamy się już niedługo. Pewne jest tylko to, że czekają nas tygodnie wielkich emocji. Impreza będzie miała swoich bohaterów, idoli, którzy zdobędą serca kibiców i zachwycą swymi umiejętnościami. W przeszłości byli nimi: Gerd Mueller, Antonin Panenka, Michel Platini, Marco van Basten, wspominani i pamiętani do dziś. Teraz w ślady wielkich poprzedników mogą pójść: Cristiano Ronaldo, Luca Toni, Franck Ribery, Fernando Torres, a może nasz Ebi Smolarek. Bohaterami byli i trenerzy, jak Rehhagel przed czterema laty. Nikt z nas nie miałby nic przeciwko, aby po latach za najwybitniejszą postać turnieju uchodził Beenhakker. Oznaczałoby to przecież, iż prowadzona przez niego drużyna osiągnęła coś wielkiego.