Maj 22 2012 00:45:42
30. rocznica pierwszej pielgrzymki Ojca Świętego Jana Pawła II do Polski
wiara dnia czerwiec 04 2009 14:30:19
30. rocznica pierwszej pielgrzymki Ojca Świętego Jana Pawła II do Polski
Warszawa - Gniezno - Częstochowa - Kalwaria Zebrzydowska - Wadowice - Oświęcim - Nowy Targ - Kraków
Dni, w których przekroczyliśmy próg nadziei


I wołam, ja, syn polskiej ziemi, a zarazem ja: Jan Paweł II, papież, wołam z całej głębi tego tysiąclecia, wołam w przeddzień święta Zesłania, wołam wraz z wami wszystkimi: Niech zstąpi Duch Twój! Niech zstąpi Duch Twój
i odnowi oblicze ziemi. Tej Ziemi!
Warszawa, 2 czerwca 1979 r.



Odmieniło się oblicze świata

Pierwsza pielgrzymka Jana Pawła II do Ojczyzny w czerwcu 1979 roku była najważniejszą podróżą apostolską Papieża z Polski. W ciągu dziewięciu dni Następca św. Piotra przekonał nie tylko swoich rodaków, że przyszłość Narodu nie zależy od projektów politycznych, lecz od wierności Chrystusowi, a co za tym idzie - od wolności ludzkiego ducha i moralnej suwerenności. Zarówno wydarzenia, które były bezpośrednim następstwem tej pielgrzymki, jak i obecne dowodzą, iż Jan Paweł II miał rację, a pozostawiony przez Niego podczas tamtych dni "przepis" na wolność i pomyślność Narodu nie stracił nic ze swej aktualności.


Gdy rankiem 2 czerwca 1979 roku samolot z Janem Pawłem II na pokładzie lądował w Warszawie, z pewnością niewielu obserwatorów przypuszczało, iż ta wizyta Ojca Świętego w Ojczyźnie stanie się milowym krokiem w dziejach Europy i świata. "Nieprzebrane tłumy, które wyszły na jego spotkanie w Warszawie, Gnieźnie, Częstochowie i Krakowie, stanowiły żywy symbol (...) ogólnonarodowej mobilizacji ludzi myślących i czujących to samo, identyfikujących się z Jego osobą i Jego myślowym programem. Jedyny w swoim rodzaju dialog, w którym więź niezliczonych tłumów z przemawiającym do nich Papieżem rodakiem stanowiły huczące jak burza, pozornie anonimowe oklaski, był tej identyfikacji niezbitym dowodem" (ks. kard. Stanisław Nagy). Warto przyjrzeć się trzem głównym punktom wspomnianego wyżej papieskiego "programu".

Polonia semper fidelis
Już w pierwszej homilii wygłoszonej na placu Zwycięstwa w Warszawie Ojciec Święty przypomniał, że to Jezus Chrystus jest kluczem do zrozumienia człowieka, wskazując jednoznacznie, iż nie sposób zrozumieć Narodu Polskiego bez Chrystusa, a odrzucenie Go naraziłoby Polaków na "zasadnicze nieporozumienie". Stąd też Jan Paweł II wyraźnie podkreślił, że aby stawić czoła zarówno teraźniejszości, jak i przyszłości, należy wyjść od Chrystusa, który jako jedyny posiada pełną prawdę o człowieku.
Do tego chrystologicznego tematu Ojciec Święty powracał w każdej następnej homilii i w każdym przemówieniu, które w całości stanowiły pewnego rodzaju katechezę o narodowej tożsamości i znaczeniu polskiej tradycji oraz kultury, będąc zarazem swoistą lekcją historii i lekcją narodowej godności.
Wspominając raz po raz wielkie wydarzenia religijne i kulturowe, jakie miały miejsce w historii Polski, Ojciec Święty nieprzypadkowo wskazywał, że pełna jest ona obecności Chrystusa, który prowadzi swój lud do jasno określonego celu, nawet jeśli droga do niego wydaje się nieco wyboista.
Ojciec Święty nauczał z wielką mocą, iż nie można mówić o tożsamości Narodu Polskiego, jak też myśleć o przyszłości Ojczyzny, wykluczając tradycję wyrastającą swymi korzeniami z chrześcijaństwa. Nieprzypadkowo Jan Paweł II w Gnieźnie prosił młodzież: "Pozostańcie wierni temu dziedzictwu! Uczyńcie je podstawą swojego wychowania! Uczyńcie je przedmiotem szlachetnej dumy! Przechowajcie to dziedzictwo! Pomnóżcie to dziedzictwo! Przekażcie je następnym pokoleniom!".

Fundament duchowej wolności
W 1979 roku Polska była krajem, w którym nawet grupa kilkudziesięciu osób nie mogła się zebrać w miejscu publicznym bez urzędowej zgody władz. Tymczasem wszędzie tam, gdzie pojawiał się Jan Paweł II, gromadziły się setki tysięcy ludzi. Z pewnością oni sami nie mogli się nadziwić, że jest ich tak wielu. Gromadząc się na modlitwie z Biskupem Rzymu, Polacy odzyskali poczucie wspólnoty i jedności. Identyfikując się z osobą Następcy św. Piotra, dostrzegli, że komunistyczny reżim nie tylko nie zabił ich wiary, ale nie zabił ich jedności i zakorzenionej w chrześcijaństwie narodowej tożsamości, które razem wzięte mogą stanowić ogromną siłę. Oto ludzie wierzący, którzy nierzadko żyli w przekonaniu, iż w szponach komunistycznego systemu niewiele mają do powiedzenia, dostrzegli, że w historii mogą niejako na nowo zaistnieć i uczestniczyć w pełni właśnie jako ludzie wierzący.
Podczas pielgrzymowania po Ojczyźnie w 1979 roku Jan Paweł II uświadomił rodakom, że punktem wyjścia wolności społecznej jest wolność duchowa - wolność, do której wyzwolił nas Chrystus. Bo tylko ona pozwala zrozumieć, że człowiek nie jest przedmiotem, lecz dzieckiem Boga, nadającego mu wrodzoną godność, której nikt nie ma prawa naruszać.

Siła moralnej odnowy
Stając naprzeciw komunistycznych przywódców Polski w Belwederze, Ojciec Święty wyraźnie podkreślił, iż "racją bytu państwa jest suwerenność społeczeństwa, narodu, ojczyzny". W słowach kierowanych do rodaków wskazał jednak wyraźnie, że suwerenność społeczna zależy przede wszystkim od suwerenności moralnej, a prawo moralne jest podstawowym warunkiem ładu społecznego.
Jan Paweł II dał jasno do zrozumienia, że początkiem odnowy społecznej jest taka odnowa, w której wierność wobec chrześcijańskiej tradycji łączy się z uznaniem powszechnie obowiązującego autorytetu prawa moralnego, którego źródłem jest Bóg. Tylko odnowa moralna może bowiem obudzić wiarę we własne siły i wykrzesać moc konieczną do stawienia czoła wyzwaniom, które należało podjąć, aby pokazać, że o państwie decyduje Naród. Gdy wielu wydawało się, że komunistyczny system jest rzeczą oczywistą i na pozór wszyscy są zadowoleni z takiego stanu rzeczy, Jan Paweł II przywiózł Polakom przekonanie o jego strukturalnej słabości i wiarę w jego ostateczną klęskę, która miała być konsekwencją nie zbrojnego powstania czy rewolucji, lecz moralnej odnowy. To przesłanie papieskie podjął w sierpniu 1980 r. ogólnonarodowy ruch "Solidarność".

"Tutaj zawsze byliśmy wolni"
Kiedy Jan Paweł II rozpoczynał pierwszą pielgrzymkę do Ojczyzny, w liberalnych kręgach zachodnich Polska była postrzegana jako bastion tradycyjnej pobożności ludowej, pobożności maryjnej, od której rzekomo bardziej oświeceni katolicy na Zachodzie odstąpili po II Soborze Watykańskim na fali na ogół nieprzemyślanych do końca reform. Jakież więc musiało być zaskoczenie, gdy właśnie tę "przedsoborową" religijność, na którą tak dąsali się tzw. katoliccy intelektualiści, Następca św. Piotra wskazał jako źródło nieocenionej siły dla całego Narodu.
Gdy na Jasnej Górze rozmiłowany w Maryi Ojciec Święty dał Polakom do zrozumienia, że Królowa Polski jest jedyną władzą, której Polacy winni cześć i posłuszeństwo, zlaicyzowany Zachód wpadł w osłupienie, a komunistów na Wschodzie ogarnął lęk. Były one tym większe, że w postawie Papieża z Polski zarówno jedni, jak i drudzy nie dostrzegli nawet śladu strachu przed komunistyczną potęgą, wobec której - dla "świętego spokoju" - gotowi byli chylić czoła również przywódcy na Zachodzie.
Po przejmującym wezwaniu Ducha Świętego, by odnowił oblicze tej Ziemi, był to najważniejszy mistyczny moment tej pielgrzymki. "Matko dobrej rady! Wskazuj nam zawsze, jak mamy służyć człowiekowi i ludzkości w każdym narodzie, jak prowadzić go na drogi zbawienia" - prosił Jan Paweł II na Jasnej Górze. "Jak zabezpieczać sprawiedliwość i pokój w świecie wciąż od wielu stron straszliwie zagrożonym. (...) Pomóż nam przemóc opory, trudności i słabości! Pomóż nam ujrzeć na nowo całą prostotę i godność chrześcijańskiego powołania! (...) Uświęcaj rodziny. Czuwaj nad duszą młodzieży i sercem dzieci. Pomóż w przezwyciężeniu wszelkich zagrożeń moralnych, które w różnych narodach godzą w podstawowe środowiska życia i miłości. Daj nam odradzać się wciąż całym pięknem świadectwa dawanego Krzyżowi i Zmartwychwstaniu Twojego Syna" - modlił się Papież z Polski, zawierzając Maryi rodaków i sprawy Ojczyzny... Bardzo trafnie zauważył amerykański intelektualista i pisarz George Weigel, który stwierdził: "To, co Lenin rozpoczął 16 kwietnia 1917 roku na Dworcu Fińskim w Piotrogrodzie, i to, co Stalin uznał za zagwarantowane na konferencji w Jałcie w lutym 1945 roku, a Breżniew w brutalny sposób potwierdził, dokonując inwazji na Czechosłowację i ujarzmiając ją w 1968 roku - to wszystko Jan Paweł II zaczął demontować 4 czerwca 1979 roku w częstochowskim klasztorze na Jasnej Górze, świątyni Czarnej Madonny, Królowej Polski".

Wezwani do świadectwa
Każdy, kto z uwagą przyglądał się postawie Jana Pawła II i słuchał Go podczas pierwszej pielgrzymki do Ojczyzny w czerwcu 1979 roku, musiał zauważyć, iż to, co mówił swoim rodakom, miało ogromne znaczenie dla całej Europy. Już sam fakt, że dzięki Papieżowi z Polski okazało się, że w kraju tym można było publicznie ogłosić wartości, z którymi komuniści walczyli przez całe dziesięciolecia, posiadał ogromne znaczenie. "Dziewięć tryumfalnych dni Jana Pawła II w 1979 roku było (...) początkiem końca jałtańskiego systemu imperialistycznego, nie tylko w Polsce, lecz w całym imperium Stalina. W Warszawie, Gnieźnie, Opolu, Częstochowie, Mogile i Krakowie Jan Paweł II rozpoczął proces, w wyniku którego system komunistyczny został w końcu zdemontowany. Sprawiły to jego trzydzieści dwa kazania, w których nawoływał nie do powstania, lecz do ostatecznej rewolucji: rewolucji ducha, w której sumienie sprzeciwiło się lękowi i przyzwoleniu, dzięki któremu 'władza' trzymała 'społeczeństwo' w żelaznym uścisku" - napisał George Weigel.
Na zakończenie jeszcze jedna rzecz, która często zdaje się umykać uwadze komentatorów. Otóż jedną z cech charakterystycznych papieskiej katechezy w Ojczyźnie w 1979 roku była interpretacja "znaków czasu". Wystarczy wspomnieć choćby wizytę w Gnieźnie, gdy Ojciec Święty mówił: "Ten Papież - świadek Chrystusa, miłośnik Jego Krzyża i Zmartwychwstania, przychodzi dziś na to miejsce, aby dać świadectwo Chrystusowi żyjącemu w duszy jego własnego Narodu (...)". I pytał: "Czyż (...) nie wolno nam wnosić (...), że Polska stała się w naszych czasach ziemią szczególnie odpowiedzialnego świadectwa?".
Okazało się, że Polacy naprawdę mieli do powiedzenia światu coś bardzo ważnego. Wsłuchując się jednak uważnie w papieskie przesłanie z tej niezapomnianej pielgrzymki 1979 roku, nie ulega wątpliwości, że zawiera ono testament, na mocy którego powinniśmy wciąż czuć się zobowiązani do tego samego świadectwa.
Sebastian Karczewski



Człowiek dzierżący klucze

Nie ma dnia, żeby ktoś nie pytał, jak przeżyłam swój pobyt w Polsce podczas wizyty Papieża, stwierdzając równocześnie, że "my tutaj, w Kanadzie, na pewno widzieliśmy i wiemy więcej niż ludzie w Polsce". Jak powiedzieć przypadkowemu rozmówcy, że nie w tym rzecz, że patrząc na te wydarzenia jak na reportaż z wydźwiękiem politycznym, traci się wymiar duchowy, który był najgłębszą treścią tych dziewięciu historycznych dla Polski dni. Kto nie był w tłumie Polaków na placu Zwycięstwa, z młodzieżą przed kościołem św. Anny, w Gnieźnie, na Skałce, w Częstochowie, Oświęcimiu czy Krakowie, ten nie mógł doświadczyć pełnego uczestnictwa w tej pielgrzymce.


Naród był demiurgiem własnej historii. Tym "huraganem wiary, jakim tchnął Duch Święty ze Wschodu" - jak napisało któreś z zachodnich pism zaraz po wyborze Ojca Świętego - był nie tylko On, ten "Papież z dalekiego kraju". Był nim - w te niezapomniane dni - cały Naród.

Z młodymi na Skałce
Trzeba było widzieć kościoły wypełnione nieprzebranymi rzeszami dorosłych i młodzieży w skupieniu i powadze przygotowujących się duchowo na Jego przyjazd. Oblężone konfesjonały, młodzież akademicka z całego kraju koczująca w podwórcach kościelnych, w kościołach pootwieranych całe noce i gdzie się dało - w oczekiwaniu wielkiego dnia. Młodzieżowe i akademickie ruchy apostolskie Sacrosongu, oazy, Chrześcijańskiego Teatru Słowa i innych grup religijnych postawiły sobie za zadanie - jak powiedzą Ojcu Świętemu na Skałce - czynienia Chrystusa obecnym we współczesnej kulturze, a poprzez poezję, muzykę i piosenkę - przekształcenia oblicza tego świata.
Właśnie młodzież była priorytetem Jego biskupiego posługiwania. Z nią spotykał się na opłatkach, przy ogniskach oaz, na kajakach, nartach, uprawianiu wspinaczki. Śpiewał, żartował, dyskutował i uczył ich zastanawiać się, czym jest życie. Jeszcze zanim został wielkim klucznikiem bramy czasu i bramy wieczności, dzierżył klucz otwierający ludzkie serca. Dlatego to spotkanie z młodzieżą na Skałce było jedną wielką eksplozją entuzjazmu, radości i miłości.
Owacjom nie było końca. Jak fajerwerki wybuchają co chwila nowe: "Sto lat", "Niech żyje Papież", "Niech żyje nasz kochany Papież". Stał zanurzony w samym centrum tego zgiełku młodego życia i obejmował ich uśmiechem.
Nic nie pomaga, nawet Jego "dosyć, dosyć". Aż wreszcie, kiedy po trzykrotnie zadanym bez odpowiedzi pytaniu: "Czy ja mogę się was o coś spytać?", usłyszy z tysięcznych gardzieli huczące "tak!", zapyta ich żartobliwie: "Jak ten Papież ma żyć, jak wy tak na niego krzyczycie?", co wywołuje nowy wybuch radości. Rozgadana, rozśpiewana młodzież nie daje Mu dojść do słowa. Więc śpiewa razem z nią wszystkie prześliczne pieśni znane z Sacrosongu: "Barkę", "Matkę", "Nie rzucim Chryste świątyń Twych", "My jesteśmy na ziemi światłem Twym" i "Pieśń Konfederatów Barskich", której pierwszą zwrotkę wypisaną na olbrzymim transparencie nieśli studenci Politechniki Warszawskiej ulicami Warszawy, wracając ze spotkania z Papieżem spod kościoła św. Anny.
Wreszcie głos uzyskuje ksiądz dr Franciszek Płonka, wprowadzając przedstawicieli grup młodzieżowych z darami dla Ojca Świętego.
Padają u Jego stóp podawane z rąk do rąk bukiety, wiązanki, całe naręcza kwiatów. Wszystkie możliwe gatunki, od skromnych bławatków i stokrotek, do najwyszukańszych okazów tropiku. Na trasie Jego przejścia nogi grzęzną w kwiatach.
I tak trwaliśmy w śpiewie, modlitwie i żartobliwych pogwarkach do godziny 22.30. Kiedy wreszcie zmęczony, ale szczęśliwy Ojciec Święty po błogosławieństwie i poświęceniu przyniesionych krzyży prosi, żeby się rozeszli cicho i bez hałasów, bo godzina późna i miasto chce spać, a w odpowiedzi na to wezwanie, gdy milczą, pyta: "No co, nie podoba się wam?", a po ich gromkim: "Nie!", mówi: "No to niech się wam spodoba". I tak kończy się jeszcze jedno spotkanie.

Radość bycia razem
Jutro ostatni dzień pobytu Papieża w Polsce. Idę do domu gwarnymi ulicami królewskiego grodu, Krakowa. A Kraków jak panna młoda cały w kwiatach, wstęgach, jarząc się kolorowo światełkami, co jak sznury korali wieńczą portrety Ojca Świętego i Matki Bożej Częstochowskiej, wita swego oblubieńca.
Młodzież studencka przystraja wielkimi krzyżami w kolorach papieskich szare bloki swojego "miasteczka". "Juventus semper fidelis" - krzyczą słowa transparentów, zadając kłam zmaterializowanemu światu, głoszącemu, że Bóg jest tylko folklorystycznym przeżytkiem.
Żeby te dni w pełni przeżyć i zrozumieć, trzeba się cofnąć do lat stalinowskiego terroru, przypomnieć sobie rolę Kościoła w walce przeciw zorganizowanej ekspansji ateizmu i niszczenia tożsamości narodowej i kulturowej Polaków, bezwzględnego tępienia wszelkich przejawów niezależności, przywiązania do tradycji i wiary chrześcijańskiej.
Dopiero w świetle tych faktów można zrozumieć, czym dla Polski był wybór kardynała Wojtyły na Papieża, Jego przyjazd do Polski i co czuły serca mieszkańców Warszawy, słuchając słów Ojca Świętego na placu Zwycięstwa; Warszawy, miasta, którego każda ulica oznaczona jest tablicami pamiątkowymi - jak droga krzyżowa stacjami Męki Pańskiej - w hołdzie tym, którzy w roku 1944 oddali życie, jak powiedział Ojciec Święty, "podejmując się nierównej walki z najeźdźcą. Walki, w której zostali opuszczeni przez sprzymierzone potęgi".
Trzeba jeszcze raz odtworzyć tę krwawą kartę naszej tak niedawnej historii, gorycz opuszczenia, upadek ducha, żeby doświadczyć ciężaru słów wypowiedzianych przez Ojca Świętego o tym Nieznanym Żołnierzu, który świadczył - jak powiedział - na tylu polach walk o prawach człowieka wpisanych głęboko w nienaruszalne prawa Narodu, ginąc za wolność naszą i waszą.
A co powiedzieć o tych słowach Ojca Świętego, które powinny wstrząsnąć sumieniem świata, słowach, które mówią o tym żołnierzu, który przemawiał swoją śmiercią, że "nie może być Europy sprawiedliwej bez Polski niepodległej na jej mapie".
Słowach, które tylko nam zapadły w sercach. O, jak niełatwo jest opowiedzieć te dni czerwcowe, opowiedzieć siebie i swoją radość bycia razem. Razem z Narodem. Swoim Narodem. Stanie godzinami w promieniach palącego słońca na placu Zwycięstwa, ze ściśniętym ze wzruszenia gardłem, z obolałymi od bicia braw dłońmi. Jak opowiedzieć tę wielką ciszę tłumu, która zapadła po słowach Ojca Świętego: "Niech zstąpi Duch Twój, niech zstąpi Duch Twój i odnowi oblicze ziemi! Tej ziemi!". Tłumu, który w oczarowaniu prawie mistycznym wychodził naprzeciw przyszłego czasu. Ten dialog bez słów Ojca Świętego z Narodem, te chwile, kiedy gorączka napięcia urywa się, cichnie, a omdlałe ręce odmawiają posłuszeństwa. A On stoi nieporuszony. Nie zaczyna przerwanej homilii. Jakby na coś czekał. I ten tłum łowiący każdy Jego gest, każde spojrzenie. Mijają sekundy narastające miłością do tego milczącego Pasterza, który domaga się od Narodu potwierdzenia wiary w Chrystusa, którego jest widomym Zastępcą na ziemi. W moim sektorze B pojedyncze głosy zaczynają skandować: "My chcemy Boga! My chcemy Boga!". Za chwilę skanduje już cały sektor, a potem drugi, trzeci, cały plac Zwycięstwa, od Hotelu Victoria aż po Teatr Wielki, ulice: Wierzbową, Moliera i Trębacką. A kiedy okrzyk zacznie dogasać, podjęta tysiącami głosów wybuchnie pieśń znana i bliska każdemu Polakowi "My chcemy Boga, Panno Święta". I znów burze oklasków, westchnień, ukradkiem ocieranych łez.

Moc świadectwa
Jak wytłumaczyć siebie, zrywającą się o godzinie 2.00 w nocy, żeby iść w pochodzie z rozśpiewaną młodzieżą ulicami Warszawy pod kościół św. Anny? Spotkanie z Ojcem Świętym wprawdzie dopiero o godzinie 7.00, ale kto się tam później dociśnie. Jak zrozumieć siebie w tej ciżbie ludzkiej przed Pałacem Arcybiskupim w Krakowie śpiewającą: "Plurimos annos", "Sto lat", "Niech żyje Ojciec Święty!". To łamanie się ze wzruszeniem, kiedy z tysiąca udręczonych serc wyrwie się błagalny refren pieśni kościelnej: "Słuchaj Jezu, jak Cię błaga lud. Słuchaj Jezu, uczyń z nami cud". I znów niekończące się "Niech żyje nasz kochany Papież", a potem z serdeczną prośbą wiele, wiele razy śpiewamy: "Słuchaj Ojcze, jak Cię błaga lud, przemów do nas chociaż kilka słów".
A czy można przekazać te nagłe przeskoki klimatu uczuciowego tłumu, którym On tak cudownie potrafi kierować? Trudno sobie wyobrazić tę radość, kiedy wreszcie ukazał się w oknie i rzucał takie perełki improwizacji: "Co się stało z tym Krakowem, zabierają kogoś do Rzymu i zaraz cymes". Albo: "Do czego to doszło, żebym ja przez was po oknach musiał chodzić", "Czy wy chcecie, żeby Papież jutro na rzęsach chodził zamiast na nogach?". I wreszcie: "Czy wy pójdziecie spać?", a na spontaniczne "nie!" tłumu odpowiada: "No to ja idę spać, a wy róbcie, co chcecie".
A kiedy po odśpiewaniu Apelu Jasnogórskiego i udzieleniu błogosławieństwa ludzie wołają: "Dobranoc, dziękujemy", jakoś tak ciepło, jak ktoś naprawdę najbliższy, powie: "Jednak się w was sumienie ruszyło. Teraz jestem naprawdę wzruszony. Muszę wam powiedzieć, że was jednak dość lubię".
Jeszcze ostatni gest błogosławiącej dłoni i uśmiechniętą twarz Ojca Świętego skryje ciemna już framuga okna. Tłumy zaczynają się rozchodzić. Idę wolno obok starszej pani, która zwraca się do mnie i mówi: "No i jak Go tu nie kochać...".
Wszystko to było już wielokrotnie opisane przez dziennikarzy, ludzi pióra, nauki, księży, ale nie mogę sobie odmówić radości przeżywania tego raz jeszcze i przybliżenia tym wszystkim, których tam nie było, tej wielkiej Mszy Dziękczynnej Narodu Polskiego, która wstrząsnęła każdym czującym sercem, która obudziła znów nadzieję. Za chwilę radość tę zabije zgrzyt hamulców, czyjaś wykrzywiona złością twarz, a może wyjący sygnał karetki pogotowia, ten symbol kruchości każdej mijającej chwili. Ale gdyby nawet w szarzyźnie i pospolitości dnia wszystko się zatarło, nie zatrą się w mojej pamięci Jego słowa pełne błagalnej prośby: "Abyście od Niego nigdy nie odstąpili, abyście nie podcinali sami tych korzeni, z których wyrastamy. Proszę Was - abyście nigdy nie wzgardzili tą Miłością, która jest 'największa'... bez której życie ludzkie nie ma ani korzenia, ani sensu. Proszę was o to".
Nie zatrze się ten moment Jego pożegnania z Ojczyzną na Błoniach w Krakowie, a później na lotnisku w Babicach, kiedy zmagając się ze wzruszeniem, mówił, jak ciężko Mu się rozstać, jak drogi jest Mu każdy kamień i każda cegła Krakowa, kiedy patrząc na Niego z sercem pełnym łez, wiedziałam, że zostając Papieżem - głową Kościoła powszechnego i głową Państwa Watykańskiego, został również wielkim emigrantem - człowiekiem, którego do końca życia nie opuści tęsknota za krajem.
Irena Habrowska-Jellaczyc



Podróż do serca Polski

Z ks. prof. Waldemarem Chrostowskim z Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie i Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu
rozmawia Maria Popielewicz


Każdy, kto był uczestnikiem niezapomnianych dni czerwcowych 1979 r., ma swój zapamiętany obraz papieskiej pielgrzymki. Jakie przeżycia towarzyszyły Księdzu Profesorowi w tamtym czasie?
- Wspominam tę pielgrzymkę bardzo osobiście, bo przypadła na okres moich studiów biblijnych w Rzymie. Rozpocząłem je w październiku 1978 r., czyli właśnie wtedy, kiedy na Stolicę Piotrową wstąpił Jan Paweł II. Mieszkałem wtedy w Wiecznym Mieście i stałem się świadkiem wszystkich wielkich przeżyć oraz uczestnikiem wielkich uroczystości, które się tam odbywały. Gdy było już pewne, że Papież przyjedzie do Polski, tak zorganizowałem sobie zajęcia i egzaminy na Papieskim Instytucie Biblijnym, żebym mógł uczestniczyć w oczekiwanym historycznym wydarzeniu. Było to przeżycie ogromne, gdyż perspektywa rzymska spotkała się z perspektywą polską, a nad wszystkim, z mojego osobistego punktu widzenia, unosiła się jeszcze jedna perspektywa - otrzymałem stypendium Instytutu Biblijnego i Księdza Prymasa Stefana Wyszyńskiego na wyjazd na dalsze studia do Ziemi Świętej. Wiedziałem, że kiedy papieska pielgrzymka do Polski dobiegnie końca, wkrótce udam się na upragnione studia do Jerozolimy. Biorąc pod uwagę te wszystkie okoliczności, pierwsza pielgrzymka Jana Pawła II do Ojczyzny była dla mnie absolutnie wyjątkowa i niezapomniana.

Jedną ze stacji pielgrzymki było Gniezno i pamiętna homilia na Wzgórzu Lecha, gdy Jan Paweł II profetycznie wskazał na duchową jedność chrześcijańskiej Europy. Zwrócił też uwagę na dziejowe znaczenie naszego Narodu...
- Trzeba przypomnieć, że Ojciec Święty w Gnieźnie zabierał głos kilka razy. Oczywiście, najważniejsza była homilia, którą wygłosił podczas Eucharystii sprawowanej na Wzgórzu Lecha w uroczystość Zesłania Ducha Świętego. Papieska obecność w Gnieźnie zbiegła się z przeżywaniem przez Kościół Pięćdziesiątnicy. Żeby należycie spojrzeć na to, co się wtedy wydarzyło, trzeba postrzegać i przeżywać to wszystko oczami uczestników uroczystej Liturgii oraz oczami ówczesnych Polaków. Było to wydarzenie absolutnie bezprecedensowe, historyczne i wyjątkowe. Była to podróż do historycznego serca Polski, do korzeni Polski, bo przecież w trójkącie Gniezno - Kraków - Warszawa, zapewne jeszcze z dodatkiem Poznania, miały miejsce wydarzenia, które przesądziły o tożsamości i dziejach Polaków. Ojciec Święty wyraźnie do tego nawiązywał, kładąc nacisk na dwa aspekty: Wieczernik w Jerozolimie, w którym dokonało się zesłanie Ducha Świętego, oraz "Wieczernik Polski" w Gnieźnie, w którym przy Jego współudziale dokonywało się nowe Zesłanie Ducha Świętego. I ta analogia jest w wystąpieniu Jana Pawła II bardzo widoczna. Nawiązuje ona do Zesłania Ducha Świętego i darów, których Duch Święty udzielił pierwotnemu Kościołowi, a teraz zstępuje na nowo i udziela ich Kościołowi w Polsce. Jedno i drugie buduje jedność i trwałość Kościoła. Refleksja Ojca Świętego podczas homilii szła w kierunku odbudowywania jedności i trwałości - zarówno w wymiarze wewnątrzkościelnym, jak i ekumenicznym. Nawiązanie do Wieczernika jerozolimskiego nie mogło pominąć wezwania misyjnego Jezusa Chrystusa: "Idźcie na cały świat i czyńcie uczniami wszystkich aż po krańce ziemi". Papież uświadomił nam, że ów nakaz misyjny spełnia się w każdym pokoleniu i że Polska ma w tym dziele szczególną rolę do spełnienia, bo jest swoistym pomostem między Wschodem i Zachodem. W następnych latach Ojciec Święty wiele razy wracał do tego wątku, aż powiedział, że Kościół oddycha dwoma płucami, a Polska jest jak gdyby w środku żywego organizmu Kościoła w Europie. Jan Paweł II nazwał w Gnieźnie to, co się wówczas dokonywało, Pięćdziesiątnicą Słowian. Myślę, że to określenie najlepiej uwypukla wszystko, czego Papież dokonał i najlepiej ujmuje dziedzictwo, które nam zostawił.

A jakie przesłanie kieruje do nas dzisiaj?
- Dokładnie to samo! Kościół trwa i wzrasta na fundamencie Chrystusa i Apostołów. Kościół Wieczernika jerozolimskiego i Apostołów, Kościół Gniezna i Jana Pawła II - to jeden i ten sam Kościół! Pokolenia przychodzą i odchodzą. Są wśród nas miliony tych, którzy pamiętają pierwszą pielgrzymkę Papieża Polaka do Ojczyzny, ale także miliony tych, którzy urodzili się później i dla nich to jest odległa historia. Kościół buduje swoją jedność nie tylko w wymiarze poziomym, czyli między ludźmi, którzy żyją teraz, ale także w wymiarze pionowym, czyli historycznym - jest to jedność pokoleń, które następują po sobie. Można powiedzieć, że pokolenie Gniezna 1979 powoli przechodzi do historii, ale nie ma luki ani próżni, bo oto przychodzi i krzepnie nowe pokolenie Polaków. Słowa, które wypowiedział Jan Paweł II, są więc tak samo aktualne dzisiaj, jak były aktualne wtedy. Trzeba je tylko dostosować do nowych warunków, możliwości i szans, ale nadal stanowią bezcenny fundament i drogowskaz. Również dzisiaj Polska może i powinna stawać się duchowym pomostem między Wschodem i Zachodem. To jest nasze szczytne powołanie, które Jan Paweł II przypomniał, podkreślając, że zawsze to, co wydarzyło się w naszej historii, nie pozostawało bez wpływu na naszych bliższych i dalszych sąsiadów. Wobec tego i dzisiaj słowa Ojca Świętego pozostają profetycznym wezwaniem do wewnętrznej przemiany i odnowy całego społeczeństwa i każdego człowieka.

Dziękuję za rozmowę.



Spotkanie, które wycisnęło niezatarte znamię

Z Izabelą Drobotowicz-Orkisz, uczestniczką spotkania Ojca Świętego z młodzieżą na Skałce w Krakowie przed trzydziestu laty, wówczas studentką pierwszego roku Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej, dziś aktorką, założycielką Teatru Hagiograf im. św. Teresy z Lisieux, rozmawia Małgorzata Bochenek


Podobnie jak wielu młodych ludzi, Pani także przybyła na Skałkę, aby spotkać się z Ojcem Świętym Janem Pawłem II...
- Kończyłam wtedy pierwszy rok studiów w krakowskiej szkole teatralnej, przyjechałam z Gdańska, tym bardziej cała ta sytuacja była dla mnie nowa i poruszająca. Gdy kilka miesięcy wcześniej, w październiku, zaczynałam studia w Krakowie, 16 października ks. kard. Karol Wojtyła, metropolita krakowski, został wybrany na Papieża...
Podobnie jak mój mąż, wówczas jeszcze kolega, należałam do duszpasterstwa akademickiego "Beczka" Ojców Dominikanów. W "Beczce" prowadziłam swoją grupę i z nią 8 czerwca 1979 roku poszliśmy na Skałkę. Studenci konserwacji sztuki wykonali dla każdego z nas małe krzyże, które zabraliśmy, aby Ojciec Święty je pobłogosławił i by towarzyszyły nam przez całe życie. Dla mnie i dzisiaj ta szczególna pamiątka tamtego spotkania jest czymś bezcennym, krzyżyk nie zagubił się mimo wielu przeprowadzek.
Przypomina mi się także anegdotyczna sytuacja. Kiedy rozwiązywało się spotkanie na Skałce i rzesze młodzieży zaczęły napierać na wszystkie wyjścia z sanktuaryjnego placu, a wąskie uliczki powodowały, że ludzie zatrzymywali się w ciemności, zdawało się, iż tłum może zacząć wykonywać paniczne ruchy. Wraz z kolegą weszłam do narożnej kamienicy. Tam zostaliśmy wpuszczeni przez lokatorów jednego z mieszkań na balkon. Nie używając megafonu, a jedynie wykorzystując siłę mojego głosu, zaczęłam kierować ludźmi, wskazując, jak winni iść...

Jakie to było spotkanie?
- Najbardziej poruszyła mnie niezwykła bliskość Ojca Świętego, tę bliskość poznawaliśmy i doświadczaliśmy jej i później, podczas każdej kolejnej pielgrzymki Jana Pawła II do Ojczyzny. Byliśmy w tłumie, w ogromnej rzeszy ludzi, a jednak czuliśmy, jakby Ojciec Święty mówił do każdego z osobna. Nie wygłosił przygotowanego przemówienia, za to nawiązał z nami serdeczny dialog. Przywoływał duszpasterstwa, mówił o ich nowych formach.
W stworzonym przeze mnie Teatrze Hagiograf od wielu lat pracuję na tekstach papieskich, w związku z tym nieustannie mam szansę przypominania sobie słów Jana Pawła II. Każde spotkanie z Ojcem Świętym było tak wielkim przeżyciem, że często treści papieskich przemówień i homilii nie całkiem docierały wśród ogromnej radości, wzruszeń i emocji. Tego doświadczam także w pracy teatralnej. Kiedy przywołujemy podczas spektakli teksty homilii, nasza publiczność często bywa zaskoczona, iż uczestniczyła w danej uroczystości z Ojcem Świętym i nie pamięta wypowiedzianych wówczas Jego słów, jednak doskonale uświadamia sobie siłę danego spotkania. To jest rzecz szczególna, na którą chcę zwrócić uwagę, prosząc wszystkich, aby przypominali sobie teksty homilii papieskich, zwłaszcza z tych spotkań, w których uczestniczyli, bo mają one ważne znaczenie w życiu każdego człowieka.

Spotkanie z Ojcem Świętym na Skałce było zapewne wydarzeniem niezapomnianym, do którego powraca się myślami z wielkim sentymentem...
- Nie tylko z sentymentem... Zdaję sobie sprawę, że tamte wydarzenia wycisnęły na mojej osobowości niezatarte znamię. Wartości, które wyniosłam z domu, z moich rodzinnych stron, ucząc się w Gdańsku w Technikum Łączności im. Obrońców Poczty Polskiej czy składając przysięgę harcerską przy pomniku Westerplatte, te wartości w tym jakże zwrotnym dla człowieka wieku - młodości, zostały niezwykle silnie ukorzenione. To spotkanie było wielkim umocnieniem w przekonaniu, że pewnym wartościom trzeba być wiernym do końca.
Cieszę się, że od tylu lat, wciąż na nowo, mogę dla publiczności Teatru Hagiograf przywoływać słowa z dramatów, poematów, homilii Sługi Bożego Ojca Świętego Jana Pawła II.

Dziękuję za rozmowę.



Pielgrzymka przebudzenia Narodu

Z ks. Feliksem Folejewskim SAC rozmawia Maria Popielewicz


Jak Ksiądz zapamiętał pierwszą pielgrzymkę Jana Pawła II do Ojczyzny?
- Wspominając pierwszą pielgrzymkę Jana Pawła II, muszę powiedzieć, że dla mnie jest to czas teraźniejszy, to nie jest przypominanie wydarzeń minionych, ale wydaje mi się, że to jest obecność Żywego Boga. Tak samo odbieram następne pielgrzymki Papieża, który przybywa i mówi, kim jest człowiek, Naród i jakie płyną zobowiązania wobec Chrystusa, jeżeli się Go przyjmie.
Miałem to szczęście, że od Warszawy po krakowskie lotnisko w Balicach byłem na wszystkich stacjach. Pamiętam, że całe przygotowanie do pielgrzymki było pełne pewnego niepokoju, zastraszenia, zamętu. Media przypominały pielgrzymkę w Meksyku, podczas której zginęły dwie czy trzy osoby, straszyły, że tu też będą tłumy, lepiej zostać w domu. Byłem wtedy ojcem duchowym w naszym seminarium pallotyńskim w Ołtarzewie, wraz z grupą świeckich wyruszyliśmy o godz. 5.00 pieszo na plac Zwycięstwa. Po drodze mijaliśmy puste ulice, parkingi. Ludzie troszeczkę się wystraszyli. Widać było efekty tego manipulowania pielgrzymką. Ale potem - to było wyraźne - począwszy od Częstochowy, Polska ruszyła na spotkania z Ojcem Świętym, widać było ogromne rozradowanie ludzi. Papież przyszedł jak zmartwychwstały Chrystus do przerażonych uczniów ze słowami: "Nie lękajcie się! Pokój wam! Ja jestem". Najbardziej w sercu utkwiło mi to przesłanie, które przewijało się potem codziennie do końca pielgrzymki: "Człowiek nie jest w stanie zrozumieć siebie do końca bez Chrystusa, a raczej człowiek nie może siebie sam zrozumieć". Potem Papież przechodzi do myśli, która towarzyszyła do końca: nie można bez Chrystusa zrozumieć także dziejów Narodu, bo Naród to dzieje człowieka. Osiem minut ludzie klaskali po tych słowach. Od tego momentu pieśń "My chcemy Boga" towarzyszyła Papieżowi na wszystkich stacjach. I wreszcie to wołanie o Ducha Świętego, które potem tak wspaniale zaowocowało: "I wołam ja, syn polskiej ziemi, a zarazem ja - Jan Paweł II, Papież, wołam z całej głębi tego tysiąclecia, wołam w przeddzień Święta Zesłania, wołam wraz z wami wszystkimi: Niech zstąpi Duch Twój! Niech zstąpi Duch Twój! I odnowi oblicze ziemi. Tej Ziemi!". To wołanie do Ducha Świętego zostało potem uwieńczone w Krakowie, gdzie odbyło się bierzmowanie dziejów całego tysiąclecia, a równocześnie przygotowanie na nowe tysiąclecie. Przybycie Jana Pawła II było początkiem przebudzenia, ludzie zobaczyli po smutnych wydarzeniach 1956 r., 1970 r., że mogą być razem, mogą nie lękać się siebie nawzajem, mogą głośno wypowiedzieć to, co jest w sercu każdego prawdziwego Polaka. To była pielgrzymka przebudzenia, zwołania nas wszystkich w znaku Chrystusa, który nigdy nie zostawia człowieka samemu sobie.
Podczas tej pielgrzymki miałem też niezwykłe osobiste przeżycie. Ksiądz prałat Stanisław Kotowski zaprowadził mnie do rezydencji Prymasa na Miodową. Tam poprosił Ojca Świętego, by mi pobłogosławił na apostolstwo o Bożym Miłosierdziu. Jan Paweł II odmówił modlitwę i udzielił mi błogosławieństwa.

Jan Paweł II szczególnie miłował młodzież. W czasie pierwszej pielgrzymki do Ojczyzny dał także temu wyraz...
- Wspominam dzień 3 czerwca, gdy pod kościołem akademickim świętej Anny modliliśmy się z młodzieżą całą noc. Był już przygotowany ołtarz, a na frontonie kościoła wisiał specjalnie namalowany na tę okazję obraz Jezusa Miłosiernego, który obecnie znajduje się w kaplicy Sióstr Loretanek w Rembertowie. W czasie homilii Ojciec Święty wygłosił przesłanie do młodzieży, które bardzo zapadło mi w serce. W takiej osobistej refleksji Papież mówił o przyjściu Ducha Świętego. Nie zapomnę, jak nawiązał do swojego ojca, do swojego dzieciństwa. "Tak jak kiedyś mój rodzony ojciec włożył mi w rękę książkę i pokazał w niej modlitwę o dary Ducha Świętego - tak dzisiaj ja, którego również nazywacie 'ojcem', pragnę modlić się z warszawską i polską młodzieżą akademicką: o dar mądrości - o dar rozumu - o dar umiejętności, czyli wiedzy - o dar rady - o dar męstwa - o dar pobożności, czyli poczucia sakralnej wartości życia, godności ludzkiej, świętości ludzkiej duszy i ciała - wreszcie o dar bojaźni Bożej, o którym mówi psalmista, że jest początkiem mądrości". I prosi: "Przyjmijcie ode mnie tę modlitwę, której nauczył mnie mój ojciec - i pozostańcie jej wierni". Gdy przypominam sobie te słowa po latach, ciągle napełniają mnie wzruszeniem.
Papież miał niesamowity kontakt z młodzieżą. Rozmawiał z nią we wszystkich miastach. To były tak serdeczne spotkania. To było naprawdę przedziwne zjednoczenie w miłości i prawdzie, opromienione na wszystkich stacjach prośbą o modlitwę "i za życia, i po śmierci"...
Dlatego dla mnie te wspomnienia z pierwszej pielgrzymki i następnych są to wydarzenia obecne. Nieraz mi tylko towarzyszy refleksja - na ile powinniśmy się razem umacniać, przekazywać, chronić to dziedzictwo jak skarb w glinianych naczyniach, który pomaga nam żyć. Polska wtedy pokazała, jak jest piękna, gdy jest Chrystusowa i oddycha miłością do Boga i Maryi. To są niezapomniane przeżycia.

A jaka jest Polska dzisiaj? Co zostało po tej pielgrzymce?
- Ojciec Święty miał absolutny słuch i umiał słuchać i Boga, i człowieka. Mówił do młodzieży: "Nie chciejcie Polski, która by was nie kosztowała, każdy jest odpowiedzialny za swoje Westerplatte". A teraz, gdy przypominam sobie te wszystkie słowa i widzę, jak nie umiemy słuchać Ojca Świętego i pracujemy na samozniszczenie, to boli serce, że nieraz tak potrafimy trwonić najwspanialsze dzieła. Papież tak prosił, byśmy się nie zniechęcili, byśmy nie podcinali korzeni, z których wyrastamy, byśmy nigdy nie wzgardzili tą miłością, która jest największa, która się wyraziła przez krzyż, a bez której życie ludzkie nie ma korzeni ani sensu. I dlatego i pierwsza pielgrzymka, i wszystkie pozostałe, i całe życie Ojca Świętego jest dla mnie Ewangelią, która pokazuje miłość Boga do człowieka, uczy człowieka jego człowieczeństwa, ale również ukazuje fundamenty, źródła solidarności międzyludzkiej, którym jest Boże ojcostwo, Boże Miłosierdzie.

Dziękuję za rozmowę.



Dzięki Papieżowi powstała "Solidarność" i rozpadła się komuna

Alojzy Szablewski, w latach 80. przewodniczący KZ NSZZ "Solidarność" Stoczni Gdańskiej


Pamiętam ten dzień - sobotę, 2 czerwca, w którym Jan Paweł II przybył do Polski. Wszyscy oglądali ten moment skupieni przed telewizorami. Zapisałem się razem z żoną na pielgrzymkę do Gniezna, ale potem wziąłem jeszcze kilka dni urlopu i zatrzymałem się u mojego kolegi w Krakowie. Tam w Pałacu Biskupów Krakowskich mieszkał również Ojciec Święty, skąd wyruszał do kolejnych miast przewidzianych na trasie pielgrzymki. Podążałem więc za Papieżem, bo podobnie jak rzesze Polaków nie mogłem się nacieszyć Jego obecnością.

Uderzyło mnie bardzo zawołanie Papieża z homilii wygłoszonej na placu Zwycięstwa: "Niech zstąpi Duch Twój...". To było piorunujące! Ojciec Święty wypowiedział przecież te słowa w przeddzień Zesłania Ducha Świętego. Mam wrażenie, że On jako człowiek świątobliwy miał tę łaskę, że Bóg wysłuchał Jego wołania i w Polsce nastąpiła przemiana. Ostatniego dnia pielgrzymki, 10 czerwca, na Mszę Świętą na błoniach krakowskich przybyło ok. 2 mln ludzi. Wtedy Polacy zobaczyli, ilu ich jest. Polacy się policzyli! Uświadomili sobie, że stanowią potęgę. Okazało się, że w Polsce jest dużo ludzi, którzy myślą tak samo. Co również warto podkreślić, podczas pielgrzymki wszyscy byli dla siebie bardzo życzliwi. Nawet milicjanci zachowywali się bardzo uprzejmie, informowali, grzecznie odpowiadali. Atmosfera była cudowna.
Niewątpliwie ta pielgrzymka miała ogromne znaczenie dla przyszłości naszej Ojczyzny. Polacy uświadomili sobie: "Skoro tylu nas jest, to dlaczego żyjemy w ciągłym zniewoleniu? Pora wreszcie pomyśleć o sobie, o Polsce!". Duch Święty wstąpił w nasz Naród, w dusze wszystkich Polaków! Wizyta papieska sprawiła, że ludzie przestali się bać, poczuli się pewni siebie i dlatego 14 sierpnia 1980 r. z inicjatywy Wolnych Związków Zawodowych - konspiracyjnej organizacji, w której działałem od 1978 r., na Wybrzeżu wybuchł strajk w Stoczni Gdańskiej, a tak wielu Polaków spontanicznie go poparło. Nieprzypadkowo na bramach wieszano portrety Papieża Jana Pawła II. Ludzie uważali Go za ojca duchowego Narodu Polskiego, za jego przywódcę. Nawet niektórzy członkowie PZPR z szacunkiem odnosili się do Papieża. Wierzono, że przy Jego poparciu strajk zakończy się sukcesem.
Uważano, że Jan Paweł II był głównym inspiratorem tego, że Polacy na nowo się zjednoczyli. Muszę przyznać, że drugiej takiej jedności w Narodzie, jaka wtedy się wytworzyła, nie pamiętam. Wszyscy poczuli się Polakami. To było wspaniałe. Tę jedność odczuwaliśmy też podczas strajku w stoczni. Nauczeni doświadczeniem z 1970 r., świadomi, jak władza może zareagować, ustaliliśmy, że nie możemy wyjść na ulicę. Zostaliśmy wszyscy w zakładach pracy. W Stoczni Gdańskiej powstał Międzyzakładowy Komitet Strajkowy, w którym było zarejestrowanych ponad 800 zakładów Wybrzeża, które nas poparły. Przedstawiciel każdego z nich miał przepustkę i mógł uczestniczyć w obradach, nagrywać wypowiedzi, a wieczorem wracał do swojego zakładu, aby przekazać informacje na temat toczonych rozmów. Panowała niezwykła atmosfera. Stocznia stała się oazą wolności. Ludzie przynosili nam pieniądze, żywność, tak że nikt nie był głodny. Nie było pijaństwa. W mieście nikt nie narzekał, że musi chodzić pieszo, bo nie działa komunikacja miejska itp.
Kiedy po spełnieniu naszych postulatów kontynuowaliśmy strajk (już solidarnościowy), w jedności z pozostałymi zakładami, postawiono na placu krzyż, mniej więcej w tym miejscu, w którym stoją obecne krzyże i została odprawiona przez ks. Henryka Jankowskiego pierwsza Msza Święta, potem stale odprawiana w niedziele i święta. W komitecie strajkowym mieliśmy pełne ręce roboty, ale zadaniem pozostałych pracowników było tylko przebywać na terenie stoczni. Aby zająć im czas i podtrzymać ich na duchu, były organizowane dla nich pogadanki, występowali aktorzy Teatru Wybrzeża, pisarze, odprawiane były nabożeństwa różańcowe, istniała możliwość wyspowiadania się. Modliliśmy się bardzo, żeby nam się udało.
Dzięki temu, że Jan Paweł II wypowiedział na placu Zwycięstwa te prorocze i głębokie słowa, że wezwał Ducha Świętego, aby Naród Polski poderwać, to można śmiało powiedzieć, że to właśnie dzięki Niemu komuna się rozpadła. W 1989 r., po wyborach czerwcowych do Stoczni Gdańskiej przyjechało 20 senatorów amerykańskich i przedstawiciel tej grupy zwrócił się do mnie z pytaniem: "Panie przewodniczący, my zachodzimy w głowę, jak to się stało, że wy bez broni rozłożyliście na łopatki Związek Radziecki?". A ja odpowiedziałem: "Stało się to przede wszystkim dzięki duchowi Narodu i potędze Boga. Podczas strajku była stanowczość i modlitwa. To, moim zdaniem, stało się główną przyczyną zwycięstwa". A ów senator odpowiedział: "Duch jest silniejszy od broni. Ma pan rację".
not. JW



Słowo, które nie przemija

Kiedy po 30. latach mamy wrócić pamięcią i sercem do tych zdarzeń i tych słów nabrzmiałych historią, chciałoby się raczej zamilknąć, uciec od nawały wspomnień i wzruszeń, i spróbować spokojnie jeszcze raz wysłuchać orędzia Jana Pawła II, w jego czystej prawdzie.


Okazuje się, że papieskie orędzie jest tak bogate, nowe i urzekające, iż przerasta pojemność naszego umysłu i uświadamiamy sobie w całej pokorze, że niewiele z tego przekazu żyje w naszej pamięci. Może dlatego warto raczej podkreślić i uwydatnić główne idee tego nauczania jako centra nowej syntezy, którą trzeba na nowo budować i rozwijać, aby ją w pełni sobie przyswoić i by stała się światłem nowych czasów.

Chrystus - Odkupiciel człowieka
Homilia na placu Zwycięstwa (2 czerwca 1979 r.) zdaje się nieomylnie podpowiadać, że takim głównym ośrodkiem syntezy jest przede wszystkim Jezus Chrystus Syn Boży, Odkupiciel człowieka, Pan historii i centrum zjednoczenia wszystkich narodów, ostateczne objawienie i wypełnienie prawdy człowieka i ludzkości. Jan Paweł II wprowadza słuchacza w całe to bogactwo treści w sposób organiczny, z uwzględnieniem całego kontekstu historycznego, eklezjalnego, historiozbawczego i pneumatologicznego. Dziękując za łaskę pielgrzymowania do Polski, natychmiast ukrywa się za fasadą Urzędu Papieskiego, pragnąc przedstawić się jako kontynuator dążeń Papieża Pawła VI i realizator jego pragnienia, aby stać się "Papieżem pielgrzymem". Osoba Jana Pawła II chowa się w cień tajemniczych decyzji Opatrzności, które sprawiły, że "pragnienie (żywione w sercu Pawła VI) było tak potężne i tak głęboko uzasadnione, że przerosło ramy jednego pontyfikatu i - w sposób po ludzku trudny do przewidzenia - realizuje się dzisiaj".
Dziękując za Pawła VI, wskazuje od razu na tajemnicę Kościoła pielgrzymującego, co było jasne już na tle losów pierwszego Papieża, św. Piotra. Po swoim wyborze na Stolicę Piotrową (tak to wyraża Jan Paweł II): "Zrozumiałem natychmiast, że moim szczególnym zadaniem jest spełnienie tego pragnienia, którego Paweł VI nie mógł dopełnić na Millennium Chrztu Polski". Równocześnie fakt, że rok 1979 jest dziewięćsetną rocznicą śmierci św. Stanisława, biskupa i męczennika, pozwala Janowi Pawłowi II jeszcze raz ukryć się za tym profilem, który "jest zarazem jakimś szczególnym znakiem naszego polskiego pielgrzymowania poprzez dzieje Kościoła - nie tylko po szlakach naszej Ojczyzny, ale zarazem Europy i świata". Papież, "odsuwając na bok swoją własną osobę", eksponuje prawdę uniwersalną, odwołuje się do słów Chrystusa posyłającego Apostołów jako świadków aż po krańce ziemi i stwierdza: "Czyż... nawiązując do tych słów, nie wolno nam wnosić zarazem, że Polska stała się w naszych czasach ziemią szczególnie odpowiedzialnego świadectwa?". I poprzez to wprowadzenie odwołujące się do pielgrzymowania ludu Bożego dochodzi do serca Ewangelii: "(...) Że właśnie stąd ze szczególną pokorą, ale i ze szczególnym przekonaniem trzeba głosić Chrystusa? Że właśnie tu, na tej ziemi, na tym szlaku, trzeba stanąć, aby odczytać świadectwo Jego Krzyża i Jego Zmartwychwstania?" (n. 1). I teraz Papież wraca do Wieczernika w duchu liturgii wigilii Zielonych Świąt, przypomina rozesłanie apostołów i pokazuje, w jaki sposób poprzez biskupów, będących kontynuatorami misji apostołów, Chrystus wchodzi w życie narodów i poszczególnych ludzi. I tu dotykamy sedna wypowiedzi Papieża z placu Zwycięstwa.
Głosić Chrystusa: oto z czym przyjechał do Polski Papież Jan Paweł II. Ten, który przybył jako Papież i jako Pielgrzym wie, że trzeba ukazać Chrystusa w Jego mistycznej jedności z Kościołem i w tej niepojętej tajemnicy, mocą której Jego obecność przenika się z każdym człowiekiem, z każdym narodem, z całą ludzkością na przestrzeni dziejów, z każdą sytuacją egzystencjalną, w której pojawia się pytanie o człowieka, o jego tożsamość i cel istnienia. Chrystus nie pojawia się jako samotna gwiazda, "superstar" lub ktoś z daleka. Chrystus żyje w Kościele i przychodzi do narodów wraz z Kościołem, w którym żyje Jego Słowo i boskość ukryta w sakramentach. To dlatego Ojciec Święty mógł powiedzieć: "Kościół przyniósł Polsce Chrystusa". Papież zakłada dogmat, ale uprawia kerygmat. W tym sensie Kościół "przynosi Chrystusa" jako dar Boga dla wyzwolenia człowieka z jego wielorakiej nędzy, a zwłaszcza niewiedzy. Dlatego Jan Paweł II mówi: "Kościół przyniósł Polsce Chrystusa - to znaczy klucz do rozumienia tej wielkiej i podstawowej rzeczywistości, jaką jest człowiek".
To jest ten Chrystus, któremu Papież już zdążył poświęcić swoją pierwszą encyklikę "Redemptor hominis" (4 marca 1979 r.). Ten Chrystus jest tak głęboko zjednoczony z każdym człowiekiem, tak głęboko wszedł w ludzkie dzieje, że "Chrystusa nie można wyłączyć z dziejów człowieka w jakimkolwiek miejscu ziemi. Nie można też bez Chrystusa zrozumieć dziejów Polski". Papież, łącząc dzieje narodu z dziejami ludzi, buduje oryginalną syntezę teologii dziejów: "Dzieje narodu są przede wszystkim dziejami ludzi. A dzieje każdego człowieka toczą się w Jezusie Chrystusie. I w Nim stają się dziejami zbawienia". To sprawia, że dzieje narodu nie wyłamują się spod moralnych kryteriów oceny. Chodzi o to, co owe dzieje wniosły w "rozwój człowieka i człowieczeństwa, w jego świadomość, serce, sumienie. To jest najgłębszy nurt kultury. To jest najmocniejszy zrąb. To jej rdzeń i siła". Ojciec Święty, unikając akcentów polemicznych, równocześnie świadomie rysuje taką wizję dziejów i kultury, w której rządzą kryteria etyczno-personalistyczne, która to wizja jest diametralnie przeciwna owej "filozofii dziejów", którą panujące siły polityczne narzucają narodowi i jego kulturze.
Bez Chrystusa nie można zrozumieć człowieka, nie można też zbudować takiej kultury, która odpowiada najgłębszej istocie człowieka. Papież mówi: "Jest to dla mnie główny motyw mojej modlitwy dziękczynnej, wspólnie z Wami wszystkimi, (...) których Jezus Chrystus nie przestaje uczyć wielkiej sprawy człowieka. Z Wami, dla których Chrystus nie przestaje być wciąż otwartą księgą nauki o człowieku, o jego godności i jego prawach. A zarazem nauki o godności i prawach Narodu" (3 b).

Tajemnica krzyża
To jest Chrystus. Ale Chrystus jest zawsze ze swoim krzyżem znakiem miłości, ofiary i zwycięstwa. Chrystus Zbawiciel nie wahał się dzielić losów okupowanej Polski i Warszawy, "która legła pod własnymi gruzami", ale "pod tymi samymi gruzami legł również Chrystus Zbawiciel ze swoim krzyżem sprzed kościoła na Krakowskim Przedmieściu". To właśnie ten krzyż wołał do udręczonego Narodu "Sursum corda", głosząc prawdę zmartwychwstania i życia.
Krzyż w kerygmacie papieskim 1979 roku oznacza przede wszystkim obecność niezwyciężonej Miłości, która zstępuje do samej przepaści historii grzechu i śmierci, aby ocalić człowieka i przywrócić mu tę niepojętą godność, jaka została mu nadana w tajemnicy Stworzenia. Moc tej zwycięskiej miłości objawia się na tej ziemi, która stała się świadectwem zwycięstwa człowieka - ojca Maksymiliana Kolbego - nad całą złością piekła i potwornością nienawiści wzbudzonej w imię nieludzkiej ideologii. Było to zwycięstwo człowieka skazanego na unicestwienie, zwycięstwo życia i miłości nad śmiercią i nienawiścią. Było to przedziwne objawienie tajemnicy krzyża i obecnej w nim Miłości, która zdolna jest w każdym miejscu ziemi stanąć po stronie człowieka, w obronie człowieczeństwa naznaczonego niezwykłą godnością. Dlatego właśnie na terenie tego obozu śmierci Jan Paweł II przypomniał znaczenie swojej pierwszej encykliki "Redemptor hominis" poświęconej w całości sprawie godności człowieka. I powiedział: "Chrystus chce, abym stawszy się następcą Piotra, świadczył przed całym światem o tym, co jest wielkością człowieka naszych czasów - i co jest jego nędzą. Co jest jego klęską i co jest jego zwycięstwem". Tam właśnie w mocnych słowach upomniał się o prawa człowieka i prawa narodów, gdziekolwiek i z jakiegokolwiek powodu są gwałcone, widząc te prawa ponad barierami ideologii i systemów politycznych. "Mówię bowiem nie tylko ze względu na tych, którzy polegli w czterech milionach ofiar na tym olbrzymim polu; mówię w imieniu wszystkich narodów, których prawa są zapoznawane i gwałcone. Mówię, bo obowiązuje mnie, obowiązuje nas wszystkich - prawda".
Pełniejsze spojrzenie na związek między krzyżem i życiem ludzkim, zwłaszcza pracą ludzką, zawarł Papież w przemówieniu wygłoszonym do pielgrzymów w opactwie mogilskim w Nowej Hucie. Powiedział tam: "Wspólnie pielgrzymujemy do Krzyża Pańskiego, od niego bowiem rozpoczął się nowy czas w dziejach człowieka". Nowy krzyż w Nowej Hucie postawiono niedawno. "Tam, gdzie stawia się krzyż, powstaje znak, że dotarła już Dobra Nowina o zbawieniu człowieka przez Miłość". Ten nowy krzyż postawiono w miejscu, gdzie planowano zbudowanie nowego miasta, nowego przemysłu, nowego społeczeństwa opartego na ideologii marksistowskiej, uważanej za "ideologię pracy". W Nowej Hucie nie miało być krzyża. Ale przynieśli go ludzie poszukujący pracy. Krzyż ostał się i w końcu powstał też nowy kościół. Papież powiedział: "Ten kościół narodził się z nowego krzyża. Ten kościół narodził się też z nowej pracy. Ośmielę się powiedzieć, że narodził się z Nowej Huty. My wszyscy bowiem wiemy, że w pracę człowieka jest głęboko wpisana tajemnica krzyża, jest wpisane prawo krzyża. (...) Nie można oddzielić krzyża od ludzkiej pracy. Nie można oddzielić Chrystusa od ludzkiej pracy". Ojciec Święty stanowczo odrzuca ideologię (nie nazywając jej po imieniu), w której praca jest poddana jedynie kryteriom ekonomii, techniki i produkcji. Twierdzi natomiast: "Współczesna problematyka ludzkiej pracy (...) ostatecznie sprowadza się (...) do jednej podstawowej kategorii: jest to kategoria godności pracy - czyli godności Człowieka. (...) Pozwolę sobie powiedzieć: ta podstawowa kategoria: godność pracy jako miara godności człowieka - jest chrześcijańska. Odnajdujemy ją w Chrystusie niejako w najwyższym stopniu nasilenia". Czujemy, że to są wyraźne sygnały zapowiadające encyklikę "Laborem exercens". Chrystus jako "ten, który pracuje" (laborem exercens), zaniósł swoją pracę, cały jej ciężar i całą jej godność na krzyż.
Dlatego krzyż Chrystusa jest niezwykle mocnym protestem przeciwko poniżeniu ludzkiej godności i godności ludzkiej pracy. "Chrystus nie zgodzi się nigdy z tym, aby człowiek był uznawany - albo aby siebie samego uznawał - tylko za narzędzie produkcji; żeby tylko według tego był człowiek oceniany, mierzony, wartościowany. Chrystus nigdy się z tym nie zgodzi. Dlatego położył się na tym swoim krzyżu, jak gdyby na wielkim progu duchowych dziejów człowieka, ażeby sprzeciwić się jakiejkolwiek degradacji człowieka". Drogą do przezwyciężenia plagi ideologii materialistycznej nie jest polemika światopoglądowa, lecz przyjęcie tajemnicy krzyża.

Serce Matki
Symbol krzyża w sposób głęboki i syntetyczny odsłania sens dzieła odkupienia jako dzieła Miłości ocalającej człowieka. Ale pod krzyżem "stała Jego Matka". Dlatego w tym wszystkim, co Papież przekazał wtedy Polakom, znajduje się jeszcze trzeci punkt syntezy - Maryja, Niepokalana Matka i Królowa, obecna w tajemnicy Zbawienia i obecna w szczególny sposób w swoim sanktuarium jasnogórskim. Jan Paweł II podkreśla: "Jest obecna. Jest obecna w tajemnicy Chrystusa i Kościoła - uczy Sobór. Jest obecna dla wszystkich i dla każdego, którzy do niej pielgrzymują, choćby tylko duszą i sercem, choćby tylko ostatnim tchnieniem życia, jeśli inaczej nie mogą". Ludzkie serca wyczuwają tę miłującą obecność i przychodzą, aby się spotkać, by odczuć ciepło tego Matczynego Serca. Owszem, to spotkanie ma jeszcze bardziej głęboki charakter: tu jest miejsce, do którego "przykłada się ucho, aby czuć, jak bije serce Narodu w Sercu Matki".
Spotkanie z Królową Jasnej Góry i Matką Kościoła ma więc nie tylko prywatny, osobisty charakter. Tu wchodzi się w ten krąg Miłości, która ogarnia wszystkich ludzi powierzonych Matce, aby stali się dziećmi Boga. "Trzeba przyłożyć ucho do tego Miejsca. Trzeba usłyszeć echo życia całego Narodu w Sercu Jego Matki i Królowej!". Spotkanie z Matką jest wolne od lęku. Wyzwala postawę ufności, zawierzenia. Jan Paweł II, zaczytany w książeczce św. Ludwika Grignona de Montfort, zachęcony dodatkowo biografią św. Maksymiliana Kolbego, umocniony przykładem kardynała Wyszyńskiego, ostatecznie całe to swoje doświadczenie związał z Jasną Górą. Mógł więc powiedzieć: "Jestem człowiekiem zawierzenia. Nauczyłem się być nim tutaj" (4 czerwca).
Jan Paweł II nie zamknął tej relacji zawierzenia w horyzoncie własnej osoby. Świadom tego, że powołanie w Chrystusie ustanawia niejako nową tożsamość osoby jako podmiotu Miłości Nieskończonej, czuł się przynaglony, aby zawierzyć Maryi Jasnogórskiej całą rzeczywistość, za którą poczuł się odpowiedzialny od 16 października 1978 roku. Odczuwał głęboką potrzebę, aby powiedzieć: "Dlatego zawierzam Ci, o Matko Kościoła, wszystkie sprawy tego Kościoła, całą jego misję i całą jego służbę w perspektywie kończącego się drugiego tysiąclecia dziejów chrześcijaństwa na ziemi". Jak wielkie musi być serce tego człowieka - Papieża, jak wielka to musi być miłość, aby tyle przyjąć z rąk Boga i to wszystko oddać z powrotem, zawierzając całą tę rzeczywistość Maryi, nie przywłaszczając sobie niczego, lecz będąc gotowym wciąż na nowo dawać siebie samego, w duchu zawołania "Totus Tuus". "Czynię to na miejscu wielkiego zawierzenia, skąd widać nie tylko Polskę, ale także Kościół cały w wymiarach krajów i kontynentów: cały w Twoim macierzyńskim Sercu".
To zawierzenie pociągnęło za sobą bardzo poważne, choć niedostępne dla socjologicznego opisu, konsekwencje duchowe, religijne, społeczne, historyczne. Ta historia jeszcze się nie skończyła. Czekamy na jej spełnienie. Ale czy dobrze rozumiemy nasze obecne zadania wobec Kościoła i Polski?
Ks. prof. Jerzy Bajda
0 Komentarzy ˇ 948 Czytań ˇ Drukuj


Ciekawe? Skopiuj odnosnik do tej strony i podaj dalej






Napisz komentarz
Komentarze - za ich treść redakcja nie odpowiada
Brak komentarzy.
Wyraz swoje zdanie
Dodawanie komentarzy czasowo niedostępne
Oceny
Proszę wybrać swoją ocenę:
Brak ocen.
Wyszukiwarka

Ojciec Profesor Mieczysław Albert Maria Krąpiec OP

Matka Boża z Lourdes


13 MAJA


Matka Boża Fatimska


Cytat
  ... podstawowym obowiązkiem władzy jest troska o dobro wspólne społeczeństwa: stąd wynikają jej zasadnicze uprawnienia. Ale właśnie w imię tych założeń obiektywnego porządku etycznego, uprawnienia władzy nie mogą być rozumiane inaczej, jak tylko na zasadzie poszanowania obiektywnych i nienaruszalnych praw człowieka. Tylko wówczas bowiem owo dobro wspólne, któremu służy w państwie władza, jest w pełni urzeczywistniane, kiedy wszyscy obywatele mają pewność swoich praw. Jan Paweł II
Szkoły katolickie w Polsce
on


CYKL: Księża niezłomni

Księża niezłomni: Męczennik tajemnicy sumienia.Ksiądz Piotr Oborski (1907-1952)
Księża niezłomni: Szedł zawsze drogą wiary i prawdy
Księża niezłomni: Niezłomny w walce o religię w szkole
Księża niezłomni: Nauczyciel i wychowawca
Księża niezłomni: Obrońca Chrystusowego krzyża
Księża niezłomni: Nie podeptał krzyża
Księża niezłomni: Obrońca świętości rodziny Ksiądz Stanisław Ziółkowski (1904-1946), zastrzelony na ulicy przez funkcjonariusza MO
Księża niezłomni: Męczeństwo ks. Jerzego Popiełuszki
Księża niezłomni: Wierzbicka wojna z biskupem Piotrem Gołębiowskim
Księża niezłomni: Świadek Bożego miłosierdzia
Księża niezłomni: Nieugięty wobec zła - Ksiądz biskup Tadeusz Błaszkiewicz
Księża niezłomni: Nie szukał zaczepki...
Księża niezłomni: "Dyktatury, rządy, ideologie przemijają, a zostaje tylko Kościół" (cz. 1)
Księża niezłomni: Cierpiący świadek Chrystusa
Księża niezłomni: "Usiłował przemocą zmienić ustrój państwa polskiego"
Księża niezłomni: Musimy wystąpić w obronie praw narodu
Księża niezłomni: Redaktor "Współczesnej Ambony"
Księża niezłomni: Wstępując w ślady Mistrza
Księża niezłomni: Idź w stronę przeciwną
Księża niezłomni: Przeszedł czyściec na ziemi
 
Serwis funkcjonuje dzięki:
www.naszdziennik.pl
Informacje 2006 - 2010


Wybory do sejmu / Video Informacje / Blog katolicki
571680 Unikalnych wizyt
P H P - F u s i o n and M a t o n o r . d e
Wielcy zapomniani: Kazimierz Michałowski | Ernest Malinowski | Zofia Kossak-Szczucka | Jan Matejko
Władysław Mickiewicz | Wacław Gasiorowski | Kornel Makuszyński | Aleksander Fredro
Ksiadz Prymas Jan Łaski | Ksiadz Prymas Jan Paweł Woronicz | Ks. abp metropolita Eugeniusz Baziak
Ksiadz arcybiskup metropolita Bolesław Twardowski | Ksiadz kapelan Jan Leon Ziółkowski
Jan Kasprowicz | Leopold Staff | Ferdynand Goetel | Jan Szczepanik | Ludwik Kubala | Mieczysław Gębarowicz
Wojciech Kętrzyński | Władysław Bełza | Artur Grottger | Antoni Małecki | Eugeniusz Romer | Jan Nepomucen Kamiński
Marian Hemar | Karol Szajnocha | Julian i Alfred Zachariewiczowie | Rudolf Weigl | Stefan Banach | Kornel Ujejski
Wincenty Pol | Witold Szolginia | Artur Oppman | Karolina Lanckorońska | Henryk Arctowski | Aleksander Kamiński


Wymiana Banerów Stron Chrzescijańskich Komputery

Tego jeszcze nie bylo: Kibol 2011 film pobierz Film Grzegorza Brauna Eugenika w imie postepu. Pobierz Eugenika w imie postepu Zobacz lub kup film: Krzyz Solidarni 2010 / Lista pasazerow - dodatek do gazety w 2 czesciach / oraz 10.04.10 film Anity Gardas Mgla - film dokumentalny - ten film trzeba zobaczyc! / Zobacz koniecznie film List z Polski lub pobierz List z Polski informacje ktorych potrzebujesz na kazdy nowy dzien archiwum informacji Nocna Zmiana